Showing posts with label Kino i filmy. Show all posts
Showing posts with label Kino i filmy. Show all posts

Przepraszam, pomyłka - "La La Land"

Hello!
Poszłam. Zobaczyłam. Zdenerwowałam się. Ale plus jest taki, że mogę napisać o "La La Landzie" tak jak lubię, czyli czepiając się czego się da.


Ładny - szczególnie na początku, im dalej w las tym gorzej i nie wiem, czy to zaplanowane działanie, aby pokazać, że większość znajomości na początku jest taka ładna i kolorowa, a potem przychodzi życie i robi się szaro. I nie wiadomo, czy to po prostu tak wyszło, bo skończyły się pomysły jak dalej robić tak, aby było ładnie, czy faktycznie docenić twórców, że tak przemyśleli obraz.
Uroczy - momentami, ale gdy one występują, to są definicją uroczości
Nudny - potwornie. Gdy zobaczyłam napis "5 lat później", to wyraz ulgi na mojej twarzy był nie do opisania, ale końcówka filmu też jest niemiłosiernie, niepotrzebnie i denerwująco przeciągnięta i do tego jeszcze wrócimy. Dłuży się ten film niemiłosiernie.
Przewidywalny - ale to oczywistość i podobno nie powinno się tej cechy filmu wyciągać, bo to nieuczciwe. 


Musical? Nie wiem. To bardziej film, któremu przydarzyły się piosenki. Na dodatek pierwsza robi tragiczne wrażenie. Niektóre utwory nawet wpisują się w fabułę, inne to takie typowe "nie wiadomo skąd piosenki". Nawiązania do innych musicali, szczególnie do "Deszczowej piosenki" i "Amerykanina w Paryżu" są zrobione na chama, ale do innych arcydzieł gatunku "La La Land" nawiązuje w mniej (przeważnie) lub bardziej subtelny sposób. Po wyjściu z kina ciężko było zanucić choć jedną piosenkę, teraz nie jestem w stanie zrobić tego wcale. Tyle jeśli chodzi o chwytliwość ścieżki dźwiękowej. Z jednym rozkładającym na łopatki wyjątkiem, czyli "The Fools Who Dream", boto jest mistrzostwo świata. Po prostu. 


Ryan Gosling nie będzie drugim Genem Kellym, on sam chyba nawet nie próbuje, ale w takiej pozycji jest stawiany w tym filmie. Nie przepadam za nim, ale całkiem dobrze się na niego patrzyło jako Sebastiana. Słuchało średnio. Większy problem jest z Emmą Stone. Wiem i doskonale zdaję sobie sprawę, że jest bardzo utalentowaną aktorką, ale dla mnie zawsze gra za bardzo, wolę nieco subtelniejsze wykorzystanie umiejętności aktorskich. Co nie zmienia faktu, że to postać Mii dźwiga ciężar całego filmu. 


Marzyciele? Przypuszczam, że za mną jest coś nie tak, ponieważ ani trochę i zupełnie nie czułam, że jest to film o spełnianiu marzeń, podążaniu za nimi, czy cokolwiek innego. Nie udało się "La La Landowi" mnie porwać, cały czas odbieram ten film jako romans i tyle. Ale jako romans ze słodko-gorzkim zakończeniem (czyli a. przewidywalnym; b. uwielbiam to wyrażenie więc musiałam go użyć) też się w sumie nie sprawdza. Jeśli prześledzimy, ten wycinek rzeczywistości bohaterów jaki twórcy nam pokazują, to okazuje się, że ich jedyną rozmową jest TA kłótnia. Życie tak nie działa. 


Kostiumy. Jest jedna rzecz w tym filmie, do której nie można mieć zastrzeżeń i są to kostiumy. Chętnie przygarnęłabym szafę Mii (a jeśli nie całą, to chociaż zieloną i niebieską sukienkę) oraz buty i marynarki Sebastiana. Stroje są bardzo ładne, bardzo retro i bardzo pasują do postaci. W większości scenografie i miejsca, w których toczyła się akcja, także były bardzo ładne i zawsze ciekawie pokazane. Ujęcia i kadry widać, że były bardzo, bardzo przemyślane i zaplanowane.


Rzeczą, która najbardziej jednak denerwowała mnie w tym filmie, był brak możliwości zdecydowania czy traktować go serio, czy jednak z przymrużeniem oka, bo on sam nie wie, czy jest poważny czy nie. Może poważny to niedobre słowo, ale lepszego na ten dysonans nie ma. I nie będę próbowała go wyjaśniać, bo obawiam się, że bez znajomości konkretnych scen z filmu nie za bardzo jest to możliwe.


Końcówka jest denerwująca. Będą spoilery. Ponieważ "La La Land" często i gęsto porównywany jest do "Titanica" (a ja zaniedbałam tradycję i nie obejrzałam w okresie bożonarodzeniowym, za to uczułam się do egzaminu słuchając ścieżki dźwiękowej i ogólnie mam silą potrzebę obejrzenia tego filmu w najbliższym czasie) otóż więc wyrokuję, że "Titanic" jest lepszym filmem bez względu na to, ile Oskarów "La La Land" dostanie, bo "Titanic" kończy się i jest koniec, a "La La Land" w perfidny, złośliwy i długi sposób pokazuje nam, jak mogłoby by być, gdyby bohaterowie zostali razem. A jak by było? TAK SAMO. Co w sumie prowadzi do wniosku, że można spełniać marzenia i być z osobą, którą się kocha, a nasi bohaterowie popełnili straszną głupotę rozstając się. 

Jeśli ten film miał być o marzeniach, to mu nie wyszło. Jeśli miał być musicalem, to też nieszczególnie. Jeśli optymistyczny. to poległ. Jeśli romansem. to istnieje dziesięć tysięcy lepszych. W skrócie: nie ma się nad czym zachwycać. 

Pozdrawiam, M

Kinowe plany 2017 I

Hello!
Z opóźnieniem, bo trzeba pisać o Sherlocku,a przez to dodatkowo, niektóre premiery miały już miejsce, przedstawiam czternaście filmów,  które chcę obejrzeć w pierwszej połowie roku.


Assassin's Creed - cieszyłam się na ten film, ale podobno jest bardzo, bardzo zły. Dobrze, że sesja i nie mam czasu na chodzenie do kina

Sing, bo pod koniec roku zobaczyłam zwiastun i byłam zachwycona. Entuzjazm zmalał, gdy okazało się, że oczywiście będzie pokazywany z dubbingiem, ale zapewne i tak obejrzę. 

Z La La Land jest taki problem, że nie lubię ani Ryana Goslinga, a chyba nawet bardziej nie odpowiada mi Emma Stone, ale to musical/melodramat i po pokazach przedpremierowych wszyscy są zachwyceni. Może dzięki temu filmowi polubię aktorów grających główne role?
Pisałam to jeszcze przed Złotymi Globami, a film dostał ich 7. Znaczy coś musi w nim być.

Jackie, bo jak można nie chcieć zobaczyć tego filmu? Bardzo mnie ciekawi. 

Milczenie, bo przy okazji premiery zwiastuna naczytałam się mnóstwa wstrząsających i bardzo intrygujących rzeczy. Powinnam też przeczytać książkę na podstawie, której film powstał, ale może być to trudne. 

Logan, bo Wolverine. Bo Marvel. Bo mutanci, X-Meni, komiksy i wszystko co za tym idzie. 

Kong: Wyspa Czaszki, tylko i wyłącznie, bo Tom Hiddlestone. 

Piękna i Bestia, trzeba to w ogóle uzasadniać? 

Ghost in the Shell, być może ominęliście to co działo się w zeszłym roku na blogu, ale nawet gdyby nie Rok z anime, to filmem byłabym zaintrygowana. Gorzej, że animacja po powtórnym obejrzeniu wcale nie zostawiła po sobie dobrego wrażenia. Druga część jednak czeka, może uda się też do serialu anime zajrzeć przed premierą. 

Strażnicy Galaktyki vol.2, bo scena o miłości ze zwiastuna i bo wierzę, że będzie lepszy niż pierwsza część. To fajne, że Strażnicy są tacy wyjechani w kosmos, ale chciałabym, aby wątki Marvela zaczęły się łączyć.

Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara, chyba z sentymentu, bo to będzie taki zły film.

Wonder Woman, bo bardzo chcę, aby film o superbohaterce wyszedł i zaczęło ich powstawać więcej. A że bohaterce partneruje niebieskooki Chris Pine tylko dodatkowo zachęca.

Auta 3, bo pierwsza część była super, ale z reakcji internetu na zwiastun trzeciej wnioskuję, że nikt nie spodziewa się niczego dobrego po tym filmie. 

Gru, Dru i Minionki, bo wszyscy kochają Minionki, nawet jeśli same nie działają, to z Dru i Gru bajka nie może się nie udać. Mam nadzieję.

LOVE, M

Wojny - "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"

Hello!
W zeszłym roku tłumaczyłam się dlaczego serię Gwiezdnych Wojen obejrzałam dość późno. Przy okazji "Łotra 1" muszę tę kwestię wytłumaczyć jeszcze raz. Otóż bałam się GW. Słowa wojny i gwiazdy połączone w jedno wyrażenie przerażały mnie totalnie. Potem okazało się, że to opowieść o miłości nie wojnie i nie ma się czego bać. A w "Łotrze 1" dostałam dokładnie ten element GW, którego bałam się, gdy byłam młodsza. Plus tonę ciężkich uczuć i emocji na koniec. 

 Jego lubię, to najciekawsza postać w całym filmie.
Bardzo podobało mi się tłumaczenie tytułu jako "Łotr Jeden" - tak jakby ktoś zwracał się do niegrzecznej, ale uroczej (patrz: Han Solo) osoby. I być może dałam się zwieść własnej wizji tego filmu i nawet późniejsza zmiana na cyfrę mnie nie zaalarmowała, a powinna była.

Przez pierwsze 40 minut filmu praktycznie nic się nie dzieje. To znaczy ja byłam przez taki czas w stanie skupić się na tyle, aby wyczekiwać zasadniczej części filmu, potem się poddałam. Opuściłam gardę i dałam się podejść, jak się później okazało, ale do tego dojdziemy. "Łotr 1" bywa nudnawy, niektóre sceny są zdecydowanie za długie. Wiem, że były przypadki drzemek na sali. Mogło to być też spowodowane tym jak ciemny jest film. Planety albo nieprzyjazne albo pada, albo jedno i drugie, a jak nie to akcja dzieje się w ciemnych pomieszczeniach. Dopiero ostatnie miejsce jest jaśniejsze, ale to wcale nie jest dobry znak. 

 Pięć bardzo ciekawych postaci, ale oprócz jednej-dwóch cech szczególnych i od razu bardzo wyróżniających nie wiemy nic. Potrzebujemy prequela do prequela (do prequela?), aby ich wykorzystać.

Początek filmu to historia rodzinna i po pierwsze, wszystkie pobudki bohaterów są mocno naciągane, a po drugie, to chyba ktoś naoglądał się "Interstellar". Ale nie potrafię się przeczepić, bo pełnego poświęcenia ojca głównej bohaterki gra Mads Mikkelsen. Natomiast sama bohaterka... W zestawieniu z Rey z "Przebudzenia mocy" wypada blado. Nawet bez porównania nie jest szczególnie ciekawa. Drugoplanowe postaci dookoła są bardziej interesujące niż ona. Nie mamy też zbyt wiele czasu, aby tak naprawdę je poznać, na szczęście są na tyle charakterystyczne już od pierwszej chwili, w której pojawiają się na ekranie, że bardzo łatwo zapałać do nich sympatią. Problemem jest jednak, to jaką niepołączoną zbieraninę oni stanowią. Uzasadnienie wszystkiego w tym filmie rebelią jako wspólnym punktem odniesienia, to trochę za mało.


Nie jestem specem od Gwiezdnych Wojen i ich świata, dlatego jeśli nawiązania były subtelne, to ich raczej nie zauważałam. Ale jedno było nie tylko niesubtelne, a wręcz nachalne, do tego biorąc pod uwagę wydarzenia jakie mają miejsce po tych słowach, to jeszcze zmieniają kompletnie sens tego cytatu. Nie można go tak bezkarnie używać. Bo następnym razem już będziemy wiedzieć, że to nie tylko uczucia są złe. Poza tym chronologicznie to nawiązanie jest bez sensu i irytujące. Ale jednocześnie stanowi jeden z dwóch żartów jakie są w filmie.

 Uważam, że Felicity Jones wygląda w tym stroju absolutnie uroczo.

Uwaga, dalej są spoilery, bo inaczej nie sposób opisać ostatniej części filmu.
Z jakiegoś powodu byłam przekonana, że ten film się dobrze skończy. Jak wspominałam wyżej, po pierwsze dałam się zwieść tłumaczeniu tytułu, po drugie nie wierzyłam, że w GW coś może się tak skończyć, po trzecie pierwsze minuty filmu mnie w tym utwierdzały. Ale podskórnie czułam,  chociaż uchroniłam się od spoilerów, że to będzie zupełnie inny film niż przypuszczam. A wiedziałam, że będzie źle, gdy robot został zniszczony. Robotom nigdy nic się przecież nie dzieje! Nawet go nie polubiłam (i chyba należę do nielicznych osób, ale jak można twierdzić, że on jest fajniejszy niż BB-8?), ale to co się z nim stało było jasnym dowodem, że jednak przeczucie było słuszne. I takim sposobem przepłakałam całą końcówkę filmu, zanosząc się szlochem, gdy kolejna postać bohatersko ginęła. Ale najbardziej pokonana zostałam sceną, gdy Leia odbiera plany. Pisałam o tym na facebooku, ale napiszę raz jeszcze: wiadomość o śmierci Carrie Fisher przeczytałam wychodząc do kina. Ostatnie sceny dotknęły mnie bardzo. (Nie wspominając o tym, że dziś (29.12) do tego dołączyła wiadomość, że nie tylko oglądanie GW będzie teraz dziwne, bo także "Deszczowa piosenka" nie będzie taka sama, po córce zmarła matka - Debbie Reynolds)

"Łotr 1" to zupełnie inny klimat niż pozostałe filmy z serii. Może nie zupełnie to wciąż GW, ale odkrywanie nie zawsze jasnych stron jasnej strony, tak samo jak odkrywanie niekoniecznie ciemnych stron ciemnej strony, jest tematem do dalszej pracy.

Trzymajcie się, M



"Planeta skarbów"

Hello!
Ponieważ spodobał Wam się sposób w jaki przedstawiłam "Herkulesa", postanowiłam zrobić coś podobnego z kolejną bajką - "Planetą skarbów". Niestety, napisy odbiegały od dubbingu jeszcze bardziej niż w przypadku pierwszej animacji; może z 10% tekstu zgadzało się ze słowami wypowiadanymi przez bohaterów i był dużo mniej zabawny. Udało mi się jednak co nieco wybrać i dopisać trochę od siebie.  



Mój ulubiony tekst w napisach oczywiście... został zmieniony. W dubbingu brzmi  "Jak to mówią, bliższe poznanie, większe rozczarowanie".




"-Jeśli pani pozwoli, to ja sam zajmę się wtykaniem." Dopiero oglądając "Planetę skarbów" po raz któryś zrozumiałam, że w tym zdaniu nie chodzi tylko o wtyczkę.




" - Kuriozalna zgraja podejrzanych indywiduów, kapitanie
- Otóż to. Poezja."


Podobieństwa pomiędzy Jimem a cyborgiem podkreślane są przez calutki film. Podobnie jak to, że chłopak upatruje w nim ojca, a Silver nieźle odnajduje się w tej roli. Zrobione jest to tak łopatologicznie, że w filmie by nie przeszło, natomiast w tej bajce jakoś nie razi.  A wzrusza.


Jedna z moich ulubionych piosenek. Dobrze się wsłuchajcie i koniecznie obejrzyjcie. Nie tylko ten fragment, całość. "Planeta skarbów" jest niedocenianą animacją. A utwór doskonale oddaje jej przesłanie. 
Ponadto zawsze mi przypomina piosenkę z "City of Angels". Tak bardzo, że gdy kiedyś usłyszałam ją w radiu to zastanawiałam się czemu wybrali piosenkę z bajki. 
PS. Doczytałam w książeczce dołączonej do płyty, że za dwie  piosenki napisał i wykonał wokalista grupy "Goo Goo Dolls" - to by wyjaśniało podobieństwo. Ogólnie ścieżka dźwiękowa "Planety skarbów" jest godna uwagi.




Bez wątpienia pani kapitan pochodzi z jakiejś planety odpowiadającej kulturą Wielkiej Brytanii. Poza tym, też wierzę w magiczne moce i właściwości herbaty.


To scena, w której Silver poświęca skarb, by uratować Jima. Bo chociaż chłopak jest najgłówniejszym bohaterem, to animacja w dużym stopniu pokazuje też zmianę cyborga. 

Jeśli chcielibyście abym w podobny sposób pokazała jakąś inną animację to śmiało napiszcie tytuł w komentarzu. W domu mam całkiem sporą kolekcję bajek na DVD więc coś się powinno znaleźć. 

LOVE, M



Nie ma się czego obawiać ("Fantasyczne zwierzęta i jak je znaleźć")

Hello!
Podobno na świecie byli ludzie, którzy obawiali się czy "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" będzie dobrym filmem. Ja do nich nie należałam, praktycznie od samego początku byłam pozytywnie nastawiona do tego projektu, a na pewno od momentu gdy okazało się kto będzie grał głównego. Czekałam, choć nie wiedziałam na co.
Raczej nie spoileruję bezpośrednio oprócz spoilerów na samym końcu, ale w treści mogą pojawić się pewne podpowiedzi co do rozwoju fabuły.


Film wyraźnie rozkłada się na dwie części - bezpośrednią historię Newta, któremu zwiało kilka stworzonek oraz mroczną kwestię tego, co dzieje się w Nowym Jorku. Gdy obraz jest cudowny, uroczy i zabawny, wszystko w nim działa i mu wychodzi. Natomiast ten na siłę doklejony pseudomroczy wątek, no właśnie, jest doklejony na siłę. Bardzo. I wklejony w film w dziwny, niedopasowany, wręcz przypadkowy sposób, ale nie było szansy sprawić by pasował bez dużych zmian w wątku jasnym (czyli Newta). Rozwiązanie, czy zakończenie mrocznej części, też nie jest podprowadzone w wystarczająco klarowny sposób. Dlatego, choć jest poruszające, trudno naprawdę się przejąć, a szkoda, bo sytuacja jest przerażająca na wielu poziomach. Wywołuje silne emocje, ale mogła większe. Jeszcze większa szkoda, tym bardziej, że prawdę, dzięki mało subtelnym aczkolwiek momentami mylącym działaniom twórców filmu, a szczególnie osoby odpowiedzialnej za zdjęcia, można było łatwo przewidzieć. Ale jest to praktycznie jedyny aspekt filmu, którego można się czepiać.


Newt jest cudowną, uroczą postacią, a Eddie Redmayne wykonuje świetną robotę. Doskonale widać oddanie Newta dla zwierząt (łzy stanęły mi w oczach, gdy krzyczał: "Tylko nie krzywdzicie moich zwierząt, one nie są niebezpieczne") i Eddie bardzo dobrze pokazuje różnicę w zachowaniu postaci, gdy ma do czynienia z ludźmi (to ten typ przykulonego Eddiego, który jest odrobinę irytujący jeśli pojawia się za często i  zbyt dużej ilości filmów) i gdy zajmuje się zwierzętami - dosłownie rozkwita, rozwija skrzydła i od razu widać, że fantastyczne zwierzątka to jego powołanie. Ciekawostka, gdy Newt pokazuje Jacobowi swoje zwierzęta, to między ujęciami gubi bądź zyskuje części garderoby, przypuszczalnie to jakaś magia. Absolutnie najlepszą sceną w filmie jest fragment, gdzie Newt próbuje przekonać tańcem godowym fantastyczne zwierzątko w typie nosorożca do powrotu do walizki. Tu widać nie tylko oddanie bohatera dla stworzonek, ale także aktora do roli, bo zagranie tego z pełną powagą bohatera, który  kwestię powrotu samicy do walizki, traktuje jak sprawę życia i śmierci nie mogło być łatwe. Jak chyba nietrudno się domyślić jest to najzabawniejsza scena w filmie, tym bardziej, że nie mogło pójść łatwo, bo do sprawy wmieszał się Jacob.


Tina, zdegradowana aurorka to postać bez charakteru, ale z dużym talentem do denerwowania widza. Za wszelką cenę chce odzyskać swoje stanowisko, więc robi naszemu bohaterowi mnóstwo problemów. Co ciekawe, on jakby wcale nie zauważa, że to ona, przez swój egoizm, wpakowała go w kłopoty. Albo Newt jest po prostu dżentelmenem. Choć prawa jest taka, że film czasami ma problem z pokazywaniem konsekwencji czynów naszych bohaterów i  nad ogromną większością, po prostu przechodzi do porządku dziennego bez większego zastanowienia. Stąd może wynikać brak tego zauważenia.


Jacob Kowalski przypadkowy towarzysz przygód Newta oraz jego przyjaciel. Niemag - straszne słowo, brytyjski mugol brzmi o wiele lepiej - a w Ameryce na czarodziejów nałożone są restrykcje dotyczące kontaktów z normalnymi ludźmi. Mam nadzieję, że kwestie organizacji magicznego świata w Ameryce zostaną  jeszcze pokazane w kolejnych filmach, bo na razie nie wyjaśniono zbyt wiele, ale już można było zdążyć znielubić panią Prezydent, czyli odpowiedniczkę Ministra Magii. Ogólnie, wnioskując po Harrym Potterze stanowisko to, w jakim kraju nie byłoby sprawowane, nie jest zbyt wdzięczne. Wracając do Jacoba, to chcący otworzyć własną piekarnię facet, którego walizka zostaje zamieniona z magiczną walizką Newta i dlatego uciekają z niej zwierzaczki. Sam Jacob bardzo szybko akceptuje magiczny świat i podziwia Newta za jego oddanie wobec stworzonek i pomaga mu ich szukać. Tina ma siostrę - Queenie i pomiędzy nią i Jacobem jest ogromna chemia, iskrzy się wręcz. Sama Queenie to śliczna kobieta, niby taka głupia blondynka, ale to by było za proste. Na pewno łatwiej polubić ją niż siostrę.


Bohaterowie mrocznego wątku. Sekta Salemian (nowych bądź drugich) ich przewodniczka ma ochotę urządzać polowania na czarownice i przy okazji prowadzi sierociniec, gdzie indoktrynuje dzieci, także przy pomocy przemocy fizycznej. Bardzo przekonująco gra ją Samantha Morton. Ale prawdziwy popis zdolności aktorskich daje Ezra Miller, może momentami aż za bardzo, jednak Credence, bo tak ma na imię postać, jest na tyle specyficzny, że nie stanowi to problemu. Ważna jest też Modesty, która śpiewa przeuroczą wyliczankę o topieniu i wieszaniu czarownic. I pan Graves ze Zjednoczonego Kongresu Czarowników czy jakkolwiek zwie się Ministerstwo Magii w Ameryce. Postać grana przez Colina Farrella, śledczy, który bada zniszczenia miasta, będące jak się wydaje efektem działania magicznych zwierząt. Niekoniecznie tych, które wypuścił Newt. To jest chyba najbardziej skomplikowany bohater w całym filmie, choć jego ekranowy czas jest niezbyt długi.


Pierwszą rzeczą na jaką zwraca się uwagę w pierwszych minutach filmu są kolory. Śliczne i ciepłe i pasują do karnacji Eddiego. Obraz ma niesamowity klimat, zdecydowanie Nowy Jork służy walorom estetycznym filmu, a szczególnie, że to lata 20. XX wieku. (Nie wiem, czy mi się tylko wydawało czy przywidziało, ale w napisach w scenie, gdy Jacob idzie po kredyt i tłumaczy się dlaczego pracuje w fabryce puszek mówi, że wrócił z wojny w Europie w 1942 i tylko taka praca była dostępna. Istnieje prawdopodobieństwo, że coś sobie ubzdurałam, ale może tam też być błąd).


"Fantastyczne zwierzęta" są zamkniętą całością, bez cliffhangera, choć subtelnie otwiera kilka furtek. Najciekawsza może okazać się przeszłość głównego bohatera i tajemnicza dziewczyna ze zdjęcia. Mniej subtelne otwarcie następuje pod koniec, ale to już w spoilerze.
Zastanawiam się czy film (filmy, zaplanowanych jest 5) staną się tym samym czym był/jest Harry Potter. Wydaje mi się, że nie bo Newt jest starszym bohaterem, ale dla osób wychowanych na HP jest cudowną kontynuacją. Ciekawe też kiedy (bo raczej jeszcze przed premierą 5 części) zaczną się dyskusje nad tym w jakiej kolejności poznawać magiczny świat stworzony przez J. K. Rowling i tym podobne.

 Pokochacie kreopodobne zwierze z kleptomanią.

Spoiler:
Grinewald powinien być ładny i młody. Wiele można zarzucić Johny'emu Deepowi, ale nie że jest ładny i młody. Wygląda źle i strasznie.
Najsmutniejszą sceną w całym filmie jest pożegnanie Jacoba, gdy ma mu zostać wymazana pamięć. Już wcześniej była bardzo poruszajaca scena więc bohaterowie mieli się rozstać nie dało się już zapanować nad łzami.
Wiecie, co może też być spoilerem? Gdy zobaczy się, którzy aktorzy powrócą w kolejnych częściach. 
Elementem filmu, którego nie mogę poukładać sobie w głowie jest skazanie bohaterów na karę śmierci i sposób w jaki ona miała być wykonana. Jeśli ktoś widział już film to może mi pomóc to zrozumieć, bo nie jestem w stanie tego pojąć. W Ameryce nie mają Azkabanu?

LOVE, M

Efektowyny, przyjemny, ale ("Doctor Strange")

Hello!
Oczekiwanie na kolejne produkcje Marvela na stałe wpisało się w moje życie. Co ciekawe, filmy przychodzą dużo szybciej, niż mogłoby się wydawać. Takim sposobem do, i tak już licznej, rodziny superbohaterów dołączył Doctor Strange.

Byłam zachwycona pierwszymi zwiastunami, świat przedstawiony wciąga od razu. A rozbudowany w filmie pochłania. Wizualnie jest powalający. Worek nagród dla osób odpowiedzialnych za wszelkiego rodzaju green, blue screeny, wszystko, co związane z efektami komputerowymi. Nie ma też sensu oglądanie tego filmu nie w 3D, bo wrażenie będzie dużo mniejsze, delikatnie mówiąc. Udało się też, tak wpisać efekty w film, że całkowicie kupuje się tę wizję i nie poddaje w wątpliwość jej prawdopodobieństwo. 


Wizualna strona filmu nadrabia za wyjątkową prostotę historii i niedostatki w charakterach bohaterów. Początek filmu, Stephen jako doktor i droga do znalezienia Starożytnej, to najlepsze momenty tego dwugodzinnego obrazu. Gdy Strange dociera już do miejsca, którego poszukiwał dzieje się coś niedobrego z czasem. Tzn. wiemy już, że Marvel potrafi wstawiać w filmy wielkie napisy z nazwami miast i krajów, szkoda, że nikt nie wpadł na to, że baner informujący o upływie czasu można w obrazie umieścić w bardzo podobny sposób. I choć widzimy, że Strange się zmienia - fryzurę, zarost i ubrania, najprawdopodobniej zależą od stopnia wtajemniczenia - to brakuje jakieś jasnej informacji, jak długi czas spędził na szkoleniu. Jest dość istotne biorąc pod uwagę, to co dzieje się później.

Historia jest więcej niż prosta, uczeń Starożytnej zbuntował się, chciał napuścić na Ziemię bardzo złego kosmitę, a przypadkiem, w tym samym czasie Strange, zaczyna pobierać u niej nauki i, dzięki cudownemu zgraniu w czasie, eskalacja ambicji Kaeciliusa wypada na moment, gdy Stephen jest na to prawie gotowy. Szkoda tylko, że Kaecilius za gorsz nie ma charakteru, a jest bardziej przedstawicielem typu postaci (zbuntowanego ucznia) niż bohaterem z krwi i kości. Trudno go nawet stawiać w jednym szeregu z villianami z innych filmów. Bo, choć wszyscy wiedzą, że złoczyńcy z filmów Marvela posiadaniem charakteru nie grzeszą, to postać graną przez Madsa Mikkelsena trudno nawet zakwalifikować jako pełnoprawną postać. Jest to odrobinę niepokojąca tendencja zniżkowa.


Podobnie jak to, że peleryna głównego bohatera ma więcej charakteru niż wszystkie postaci, oprócz niego i Starożytnej, razem wzięte. A oni też nie mają go za wiele. Co zaskakujące, Starożytna jest całkiem zabawną postacią. Jeśli zaś chodzi o humor w całym filmie, momentami jest lekko wymuszony (dobra, szczerze często), a im bliżej końca tym go mniej, ale nie odstaje od innych filmów Marvela. Dodatkowo wykorzystano fakt, iż Benedict gra Sherlocka i znajdujemy  filmie subtelne i mniej subtelne nawiązania. Najlepsze dotyczy kołnierza jego peleryny, cudna scena.

Pisałam, że początek filmu był bardzo dobry. Skupiono się głównie na pokazywaniu dłoni Benedicta.

Film nikomu, poza Benedictem, nie daje też okazji do szczególnych popisów aktorskich. Ale niesamowicie przyjemnie słucha się głosów Tildy i Benedicta, gdy rozmawiają. Mogliby ich wykorzystywać na lekcjach angielskiego. I nikogo nie trzeba przekonywać, że oni nie grają, oni są swoimi postaciami.


 Nie przepadam za Rachel McAdams, ale trzeba oddać jej sprawiedliwość, że całkiem nieźle poradziła sobie z tą rolą. Nie żeby było to jakoś szczególnie trudne zadanie. Mnie kupiła scenami, gdy ratuje życie Stephena, a ten nagle pojawia się w astralnej formie, instruując ją co ma robić. Jednak nie to jest najciekawsze. Najlepsze są jej reakcje. To znaczy Christine Palmer podskakuje i krzyczy, gdy  coś nagle pojawia się czy wyskakuje, nie wiadomo skąd. Totalnie widziałam w niej siebie, mam identyczne odruchy. Z resztą, w czasie seansu też zdarzało mi się podskoczyć na kinowym fotelu.


Efektowny wizualnie, bardzo przejemy do oglądania, ale nieco płytki to film. Biegnijcie do kina, będziecie doskonale się bawić. Również dlatego, że produkcja nie powoduje szczególnego zaangażowania emocjonalnego u widza. To znaczy, teoretycznie pojawia się w filmie doskonały powód do płaczu, ale go nie wywołuje, bo oglądającemu nie robi różnicy. Podobnie jak druga scena po napisach.

Bo pierwsza jest nie tylko zabawna, ale i bardzo obiecująca. A w całej recenzji zrobiłam, to co ostatnio za często mi się zdarza - próbowałam argumentować sama ze sobą więc, aby była jasność, napiszę klarownie: idźcie do kina to cudny film.

LOVE, M

M i praktyki

Hello!
W niedzielę skończyłam praktyki w Ostrołęckim Centrum Kultury i była to jedna z najfajniejszych rzeczy w moim życiu. 


Nie pamiętam kiedy dokładnie wpadłam na pomysł, że mogłabym odbyć praktyki u siebie na miejscu, w OCK, ale była to doskonała myśl. Chciałam spędzić w domu jak najwięcej czasu, a wiedziałam, że będę 6 tygodni w Niemczech. Napisałam email do działu Marketingu i Promocji, i zamiast negatywnej odpowiedzi, otrzymałam prośbę o szczegóły, liczbę godzin, itp. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, gdy w kolejnej wiadomości przeczytałam, aby złożyć wniosek i będziemy umawiać się na termin kiedy mogę zacząć. Ponad tydzień chodziłam i wszystkim się chwaliłam. 

Muszę się przyznać, że myślałam, że tylko ja jestem taka pomysłowa, aby mieć praktyki w OCK, ale nie byłam pierwszą praktykantką. Nawet w tym samym czasie, co ja był pan na stażu (którego widziałam i nawet z nim pracowałam) oraz jakaś druga dziewczyna (której nie widziałam, ale podobno była). 

W weekend przed pierwszym dniem denerwowałam się bardzo. Niestety nie mam cudownego daru podchodzenia do rzeczy na zasadzie wyzwania, przygody i ciekawego doświadczenia, zamiast tego się martwię, denerwuję i stresuję. Najczęściej niepotrzebnie, bo wszystko się jakoś układa, ale to po prostu naturalna reakcja organizmu, nawet jak sobie wmówię, że będzie dobrze. A tutaj miało mnie czekać coś zupełnie nowego i nie miałam pojęcia co. Mogę się oszukiwać, ale nie znoszę tego co nieznane, nie wiadomo jakie będzie i niezaplanowane, w niespodzianki też nie jestem najlepsza. Wolę wiedzieć z góry (i najlepiej z dużym wyprzedzeniem) co i jak. Ale wróćmy do praktyk. Oczywiście okazało się, że to nic strasznego, a jedną z ich ciekawszych części była praca w kinie. Nic nadzwyczajnego - sprawdzanie biletów, a po sensie ewentualnie posprzątanie sali, nauczyłam się też sprzedawać i rezerwować bilety i podpatrywałam pracę przy kasie.

Dzięki temu obejrzałam filmy, których w innych okolicznościach pewnie bym nie zobaczyła ("Julietta" - opis ma się praktycznie nijak do tego co w filmie, bohaterka nieszczególnie aktywnie szuka córki; "Nowe przygody Alladyna", o których popełniłam nawet osobny wpis; "Smoleńsk", bo się nadarzyła okazja; "Nerve" chociaż nie znoszę Emmy Roberts, film naprawdę nie był najgorszy; "Bridget Jones 3" i śmiać się nie przeszkodził nawet fakt, że nie widziałam dwóch poprzednich części i "Sługi boże", o którym nawet nie wiedziałam, że powstaje dopóki nie poszłam pracować do kina). Zostając na moment przy "Smoleńsku" - mam niemałą zagwostkę dotyczącą jedzenia bądź niejedzenia w kinie. Daleka jestem od tego by komuś zakazywać, rozumiem, że popcorn to pewien element rytuału wyjścia do kina itd. a jednocześnie mam wrażenie, że są pewne filmy, na których być może jednak popcorn nie wypada. I być możne właśnie takim filmem jest "Smoleńsk". Z drugiej (albo i trzeciej) strony przecież kino to nie teatr, jedzenie nie jest wyrazem braku szacunku (a może jest?) przecież ani reżyser, ani aktorzy tego nie widzą. To niejedzenie być może pewnego rodzaju pokazaniem szacunku do historii przedstawionej (i nie chodzi tu o tę nieszczęsną dziennikarkę i jej śledztwo, ale o fakt, że tam zginęli ludzie). Ale tu znów jest problem, czy to powinno w takim razie odnosić się do wszystkich filmów gdzie ktoś ginie (oni i tak nie widzą co robimy na sali kinowej - chyba, że widzą i wtedy dopiero byłoby ciekawie), czy tylko takich, które oparte są na prawdziwych wydarzeniach. Bo już innym elementem tej dyskusji jest to czy współwidzowie szanują siebie nawzajem jedząc w kinie, ale tę kwestię zostawmy na kiedy indziej.  Zdecydowana większość osób, która przyszła obejrzeć ten film nie wnosiła popcornu. Podobną sytuację pamiętam z seansu filmu "Bogowie", gdzie też popcornowych ludzi praktycznie nie było. Co Wy sądzicie o jedzeniu w kinie?

Wszystkie panie i panowie, z którymi miałam do czynienia w trakcie praktyk, byli to przemili ludzie. Z jednym wyjątkiem. Gdy niczego się nie spodziewałam jedna z pań po rozmowie ze mną stwierdziła, że nie nadaję się do pracy w kulturze. Ale od początku. Rozmawiałam z panią między innymi na temat, tego że nie wyglądam na swój wiek, ale za to wyglądam jakbym była zaskoczona, smutna i zaraz miała się rozpłakać jednocześnie. Niektórzy mają Resting Bitch Face, a ja mam chyba jakąś ulepszoną wersję. Pani chyba myślała, że nie mam w domu lustra i sobie nie zdaję sprawy. Cóż, mam i doskonale wiem jak wyglądam, ale na rysy twarzy pod tym względem nic nie poradzę. To był jednak tylko początek. Potem zaczęło się czepianie mojego charakteru. Jestem osobą nieśmiałą i raczej wycofaną, ale jak muszę, to zrobię naprawdę wiele. Ale pani stwierdziła, że skoro nie potrafię wpaść do biura cała w skowronkach, pytając się wszystkich "co tam?" i z jeszcze większym entuzjazmem "co mam robić?" to nie nadaję się do pracy w kulturze. Być może nie powinnam tego brać do siebie. Jedna wzięłam, bo doskonale zdaję sobie sprawę z mojego charakteru. Troszkę się załamałam. Na szczęście inne panie, szczególnie moja opiekunka, uważały (i mam nadzieję, uważają nadal) inaczej. 

To oczywiście tylko mały wycinek, ale chciałam bardziej podzielić się emocjami niż pracą, a z InQbatora jest oddzielna relacja tu.

Trzymajcie się, M

Jakaś pomyłka ("Nowe przygody Aladyna")

Hello!
Korzystam z praktyk w kinie i oglądam filmy. Dziś "Nowe przygody Aladyna", które nie są filmem dla dzieci, starszy widz może się pośmiać, ale ogólnie z seansu nie wynosi się nic.


 Aladyn traci znaną z bajki Disneya szlachetność. Nie jest już drobnym, uroczym złodziejaszkiem, kradnącym głównie po to, aby nie być głodnym, a staje się, co prawda mieszkającym na ulicy, ale kradnącym i oszukującym głównie dla zabawy złodziejem, znającym się na odpalaniu latających dywanów za pomocą kabli. Bohaterowi przybywa też lat, co wiąże się z tym, że choć wydaje się iż to film familijny, to bywa bardzo niesubtelny i taki raczej 12+. Jednak z utratą szlachetności Aladyn zyskuje przyjaciela, jednak na polu bycia filmem o przyjaźni też zawodzi. Teraz myślę, że jednym z błędów tego filmu jest to, ze nie wie do jakiej grupy wiekowej chce być kierowany. Wydaje się, że raczej do starszych, kompletnie nie sprawdza się jako "bajka", ale dla dorosłych jest zbyt naiwny. Choć pełen podtekstów. Różnych.


Na dodatek dzieje się jednocześnie na dwóch płaszczyznach - w rzeczywistości i jako opowieść bohatera. Który okłamuje swoją dziewczynę, że jest maklerem, a tak naprawdę to złodziejaszek, wykorzystujący zatrudnienie jako Mikołaj w centrum handlowym, aby je okraść wraz ze swoim przyjacielem. Jednak dopadają go dzieci rządne opowieści, a on zaczyna z Aladynem. Wraz z postępem opowiadania i odkrywaniem moralnych, i materialnych konsekwencji kłamania, następuje zmiana bohatera w rzeczywistości. Zdaje sobie sprawę, że kłamanie jest złe i wyznaje dziewczynie całą prawdę. Ona nawet nie jest na niego zła, bo są święta (czemu ten film miał premierę w sierpniu, a nie grudniu?) i wszyscy żyją długo i szczęśliwe. W bajce Jasmina (tutaj księżniczka nawet się tak nie nazywa) przynajmniej robi Aladynowi wyrzuty - tutaj nie ma nawet tego. Pisałam, że naiwny. 


"Nowe przygody Aladyna" to komedia, ale jakieś 90% jej śmieszności wynika z tłumaczenia, doskonale dostosowanego i wykorzystującego polskie realia. Oprócz "kończ już, wstydu oszczędź", bo zostało użyte bez potrzeby i w złym znaczeniu. Ale było odniesienie do gorszego sortu, pojawili się "4 pancerni", itp. Do innych elementów kultury popularnej też się odnosi, ale tu już trudno stwierdzić, co tłumacz, a co było, np: "...chcę mężczyzny o 50 twarzach" albo "Mój sssskarb", ahh i sceny a'la "Powrót Jedi". 


Film jest francuski i byłam pewna, że pracowały przy nim te same osoby, co przy "Asterix i Obelikx: Misja Kleopatra", bo schematy postaci, ich charakterystyka i sposób zachowania, są żywcem wzięte z tego filmu. Wezyr to gorsza wersja Marnypopisa, kolega głównego bohatera to Otis, itd. Chyba, że to pewne schematy charakterystyczne dla francuskich komedii. Myślałam, że to podobieństwo wydaje się tak wyraźne ze względu na tłumaczenie, ale robił je ktoś inny niż Asterixa. Nawet kwestia na zasadzie "a bez pałacu. nie ma pałacu" się pojawia. Być możne to pewien rodzaj hołdu dla twórców Asterixa. 


Innym problemem filmu jest to jego rytm. Początek nie jest najgorszy, wraz z rozwojem opowieści robi się coraz lepiej, ale popada w dłużyzny, twórcy zupełnie nie czują momentów, gdy powinni pokazać teraźniejszość, a gdy to robią, to tylko po to, aby bohater mógł opowiedzieć o szalonym pościgu na latających dywanach, bo jak łatwo się domyślić nie było ich stać, aby nagrać to z pomocą efektów komputerowych. Prawdopodobnie wszystkie pieniądze poszły na pseudoteledysk do piosenki, którą śpiewa Aladyn, gdy wjeżdża jako bogaty książę do Bagdadu. Po pierwsze ta wstawka jest żenująca, po drugie niepotrzebna, po trzecie za długa. Im bliżej końca tym bardziej widać, że budżet topniał jak lód, a film się dłuży. 


Nie byłoby Aladyna bez dżina, ale jak widzicie sama prawie o nim zapomniałam. Samo to już wiele mówi. Relacja dżin - Aladyn nie istnieje, dżin udaje, że ma wystrzałowy charakter, a nic w całym filmie nie wypada tak nieprzekonująco jak to że Aladyn ostatnim życzeniem oddaje mu wolność, Notabene, bohater licytuje się z dżinem i ostatecznie ma 6 życzeń. 

Trzymajcie się, M

3 filmy

Hello!
Były 2 książki, są trzy filmy - jeden gorszy od drugiego, na dodatek oglądane w dokładnie takiej kolejności. Ich wybór wynikał z ograniczonego wyboru, ponieważ wszystkie obejrzałam w autobusie w drodze powrotnej z Niemiec. Szkoda było nie wykorzystać czasu i możliwości, ale problem pojawił się przy wyborze tytułów, ponieważ większość dostępnych widziałam, a pozostałe, to nie były filmy, które zdobyły uznanie krytyków. Ale jeśli nie oglądałoby się złych produkcji, nie wiadomo by było, które są dobre. Ponad to należy się uznanie dla linii autobusowych Ecolines za to, że sporo filmów, które można było obejrzeć to względnie nowości. 


"Largo Winch"
Nie słyszałam wcześniej, nie miałam pojęcia co to za film, ale opis nie brzmiał najgorzej. I film też taki totalnie zły nie był, ale wręcz niesamowicie przewidywalny. Niesamowicie, praktycznie od początku wiadomo, kto musiał stać za morderstwem ojca głównego bohatera. Łatwo także domyślić się co będzie się działo w związku z innymi rodzinnymi powiązaniami bohatera. Intryga nie jest zbyt skomplikowana i zbudowana bardzo prosto, fabule daleko do błyskotliwości. Ale do popatrzenia film jest całkiem przyjemny, bo nie wymaga zbyt wiele myślenia od widza, a do tego dzieje się w wielu bardzo ładnych miejscach i jest to skrzętnie wykorzystywane przy realizacji zdjęć. 


"RoboCop"
Mam ogromny sentyment do rzeczy, które oglądałam jako malutkie dziecko i których, tak naprawdę do końca nie pamiętam. Jedną z nich jest RoboCop, bardziej wiem niż pamiętam, że oglądałam serial i że bardzo go lubiłam. Gdy jednak pojawiła się informacja, że będzie nowy film, nie byłam szczególnie podekscytowana, przypuszczałam, że prędzej czy później go obejrzę, ale do kina się nie wybierałam. Po premierze pojawiły się niebyt pochlebne recenzje, a moja ochota na obejrzenie go zmalała jeszcze bardziej. Prawdopodobnie, gdyby nie podróż jeszcze długo bym go nie zobaczyła. 


Przejdźmy do spostrzeżeń po seansie:
1) Garemu Oldmanowi nic nie przeszkodzi być Garym Oldmanem i doskonale grać, nawet w tak słabej produkcji
2) Natomiast Michael Keaton i spółka, urwali się z choinki i przypuszczam, że taki był zamysł twórców, ale jego postać i te dookoła, sposób grania i otoczka - irytujące 
3) Niech mi ktoś wytłumaczy postać, rolę i w ogóle dlaczego, i co tam robi Samuel L.Jackson 
4) O samym Aleksie piszę dopiero w czwartym punkcie ponieważ, jest to film o wszystkich postaciach dookoła niego, tylko nie o nim samym. Już nawet pomijam to, że jest to postać płytka i praktycznie bez charakteru i chociaż teoretycznie w trakcie filmu się zmienia, to nie mamy podstaw, aby te zmiany przeżywać, bo do bohatera nie sposób się przywiązać, ani wzbudzić w sobie jakiekolwiek uczucie wobec niego oraz tak powody tych zmian pokazane są tak płasko i niewyraziście, że widz bardziej na wiarę przyjmuje fakt, że mogło to aż tak wpłynąć na bohatera
5) Jeśli ktoś przypadkiem liczył na jakieś głębsze rozważania etyczno-moralne, to się bardzo przeliczył. Niby jest to poruszane, ale w dość bezpieczny sposób, aby przypadkiem kogoś nie urazić. Inną kwestią były same roboty i dziwna rola Jacksona. Można odnieść wrażenie, że specjalnie przerysowano tę kwestię w jedną stronę, aby wyrazić, że prawdziwe poglądy są dokładnie odwrotne
6) Napisać, że fabuła była prosta i banalna to nic nie napisać. 

"Transformers: Wiek zagłady"
Nie zrażona, ani "RoboCopem" ani wszystkim złym co czytałam na temat nowych transformersów, postanowiłam je obejrzeć. Muszę jeszcze dodać, że nigdy nie byłam wielką fanką filmowych samochodo-robotów, ale bardzo lubiłam serial animowany. Po pierwsze to się przestraszyłam, gdy zobaczyłam ile on trwa. Za długo, o wiele, ale chyba nawet skrócenie niewiele by pomogło. Chociaż tak mniej więcej pierwsza 1/4 filmu nie jest aż tak rażąco głupia jak reszta. Zasadniczo film jest głupi, bez sensu i nie wiadomo, o co w nim chodzi. Wszystko dzieje się, bo tak, nic z niczego nie wynika. Ogólnie oglądanie tego filmu boli. Bardzo.

Trzymajcie się, M
The Phantom Police Man Proudly Powered by Blogger