Showing posts with label Książki. Show all posts
Showing posts with label Książki. Show all posts

Popkulturalne cytaty z "Pani Noc"

Hello!
Prawie zapomniałam, że został mi jeszcze jeden komplet cytatów z "Pani Noc"! Gdy czytałam książkę początkowo prawie nie zwracałam na nie uwagi, ale potem okazało się, że jest ich całkiem sporo i niektóre są całkiem zabawne.

To zdjęcie miało być przy którymś z poprzednich postów, ale o nim zapomniałam. Więc jest w tym.

> " - Kapitan Ahab i wieloryb - powiedziała Dru, z roztargnieniem kreśląc wzorki w syropie na pustym talerzu.
Emma zakrztusiła się sokiem.
- Ale Dru, kapitan Ahab i wieloryb byli wrogami.
- Fakt - przytaknął Julian. - Wieloryb bez Ahaba jest zwyczajnym wielorybem. Wielorybem pozbawionym problemów. Wielorybem beztroskim."

> "Malcolm wyraźnie się ucieszył.
- A moglibyśmy obejrzeć Notting Hill?"

> " - Proszę. - Livvy sięgnęła po jedno z leżących na stole jabłek. - Zjedz. - I podała jabłko Markowi. Z długimi, ciemnymi włosami i jabłkiem w jasnoskórej dłoni wyglądała jak współczesna Królewna Śnieżka. - Jabłka chyba lubisz?"

> " - Waga decyzji przypomina precyzyjnie wymierzony atak sokoła, który pozwala mu zniszczyć ofiarę.
Julian spojrzał na Emmę z niedowierzaniem.
- To ze Sztuki wojny?
- Być może."

Cytuję, cytowany w książce cytat. Bo mogę.

>  " - Skoro mówimy o filmach... - Livvy zmarszczyła brwi, upodabniając się przelotnie do Ty'a. - To mi przypomina Złoty Bilet. No wiecie, z Charliego i fabryki czekolady. - Pomachała błyszczącym kawałkiem laminowanego papieru."

> " - To znaczy... - zaczęła się plątać Livvy - ...gdyby komuś podobał się rudowłosy Kapitan Ameryka... a mnie się akurat nie podoba...
- Kapitan Ameryka to najprzystojniejszy z Avengerów - powiedziała Cristina. - Bez dwóch zdań. Ale mnie podoba się Hulk, chętnie uzdrowiłabym jego złamane serce.
- Jesteśmy Nefilim - zauważył z naciskiem Julian. - Nie powinniśmy w ogóle wiedzieć o Avengerach. A poza tym najprzystojniejszy jest Iron Man, to chyba oczywiste."

Kocham Julesa, ale widzę tu zalążek Civil War. Już ja bym go przekonała, kto tu jest najprzystojniejszy.

> " - Zawsze chciałem mieć budzik Batmana, który zamiast dzwonić, mówi "Obudź się, Cudowny Chłopcze". Ożywiłby mój pokój."

> "Zniknęła w przymierzalni za zasłoną z prześcieradła z motywami z Gwiezdnych Wojen."

> "Mark spojrzał po sobie.
- Wyglądam przyzwoicie?
- Wyglądasz jak James Bond."

> "Wszędzie byli piękni ludzie, hollywoodzki tłum, jaki Emma często widywała w Los Angeles - ludzie, którzy mieli dostęp do siłowni i solariów, drogich fryzjerów i najlepszych ubrań. Ci tutaj wyglądali, jakby przebrali się za statystów z filmu z Humphreyem Bogartem: jedwabne sukienki, pończochy ze szwem, fedory, wąskie krawaty, szpiczaste klapy. Garnitur od Sy'a Devore'a Juliana okazał się proroczo trafionym wyborem."

> "Osiem pozłoconych belek dzieliło sklepienie na segmenty, na których namalowano sceny z klasyki filmowej w soczystych, głębokich odcieniach. Emma rozpoznała Przeminęło z wiatrem i Casablancę, ale nie kojarzyła pozostałych: wizerunku mężczyzny, który niósł drugiego przez gorące złote piaski, dziewczyny klęczącej u stóp chłopca trzymającego broń, kobiety, której biała sukienka unosiła się wokół niej jak płatki orchidei."

Też nie skojarzyłam z opisów tych filmów, ale postanowiłam poszukać. Oprócz tego ostatniego, bo to chyba Wichrowe wzgórza. Pierwszy skojarzył mi się odrobinę z Ben Hurem, ale pojęcia nie mam czy to dobry trop. Szukałam, pytałam, ale znajomi nie kojarzą. Może Wam te opisy coś mówią?

> "Szli śpiesznie, pchani prze tłum ku wyjściom. Orkiestra grała As Time Goes By z Casablanki, słodką melodię zupełnie niepasującą do panującego w sali niepokoju."

> "Może to dowód dla Strażnika, że ktoś zginął - zasugerowała Livvy. - Tak jak kiedy Łowca miał przynieść w pudełku serce Śnieżki."

> " - Zaczęliśmy się więc zastanawiać jaka miłość jest zakazana (...)
- Między fanami Gwiezdnych Wojen i wielbicielami Star Treka - dodała Emma. - I tak dalej. Dokąd to zmierza?"

Trzymajcie się, MP

Czytanie grozi śmiercią. Ze śmiechu - "Kawaii Scotland"

Hello!
Gdy przed sezonem anime sprawdzam zapowiedzi, przy opisach fabuł mniej więcej 3/4 tytułów w mojej głowie zapala się lampka "Japończycy to są jednak dziwni". Ale ostatnio pomyślałam, a może to nie tak. Może my wszyscy jesteśmy dziwni, tylko Japończycy mają odwagę, możliwości, po prostu pozwala im się to realizować i ludzi, którzy godzą się wyłożyć na to pieniądze. Co się stało, że tak błyskotliwa myśl wpadła mi do głowy? Otóż zamówiłam mangę "Kawaii Scotland" i dziś Wam o niej napiszę.


Nie pamiętam dokładnie, kiedy polubiłam fanpage "Kawaii Scoland" na fb, ale pamiętam, że kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, ale obrazki były ładne, choć nie pojawiały się za często. Że z tego będzie manga kapnęłam się jak autorki ogłosiły, że ją skończyły. I tutaj możemy przejść do przyczyn moich rozmyślań. O ile jeszcze nie zastanowił Was sam tytuł, to słowem wyjaśnienia: 3 Polki wymyśliły, narysowały i wydały mangę dziejącą się w Szkocji, z której mężczyźni wygnali kobiety, więc motywy z shoujo mangi na sterydach muszą rozgrywać się pomiędzy dwoma chłopakami. Warto dodać, że obowiązującym w ich szkole mundurkiem jest kilt. Ale być może, pomimo moich najszczerszych chęci, powyższy opis brzmi za sucho więc oto, co najdziecie na obwolucie: "Autorki z właściwym sobie wdziękiem i brakiem poszanowania dla jakiejkolwiek logiki bawią się motywami typowymi dla shoujo, czyniąc z "zauważ mnie, senpai" główną oś fabuły. Fabuła ta ma miejsce w szkockim yaoilandzie, gdzie w dawnych czasach mężczyźni obalili kobiety oraz zbrodniczą ideologię gender. Dzięki temu mogą żyć spokojnie w krainie pełnej tradycyjnych wartości, takich jak rzucanie kłodą, zarost, wypas owiec i smalec."

Jeśli czytanie czy oglądanie realizacji takich szalenie nietypowych pomysłów ma czytającemu czy widowi przynosić tyle radości, co czytanie "Kawaii Scotland" to niech wszyscy, którzy taki pomysł mają, idą i działają. Widzicie nie trzeba wyjeżdżać do Japonii, nikt wam nie karze, jak widzicie można to zrobić w Polsce!

Po tym przydługim, nawet jak na mnie, wstępie trzeba przejść do części zasadniczej recenzji, czyli treści, którą zasadniczo da się streścić w słowach: umrzesz ze śmiechu. Na okładce powinna być informacja, że przed przeczytaniem należy skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą, bo zagraża to życiu lub zdrowiu. A nawet jeśli nie, to swego rodzaju zakwasy na buzi/policzkach od śmiechu gwarantowane. 


Do samego zabawnego świata "Kawaii Scotland" dodajcie jeszcze takie powody do radości jak: wstęp (wyjaśniający między innymi brak kobiet), imiona bohaterów (Ukechan, Semesenpai), pomysł na Koty-Szkoty (<3), wstawki po japońsku ("Czy twoje serce robi doki-doki do nowego ucznia?"), bohaterowie w szkole dowiadują się jak zostać "prawilnymi Szkotami" i że matematyka to dla większość uczniów czarna magia (nauczycielowi można zaimponować wzorem na deltę - i jak tu tego nie uwielbiać?), fakt, że wszystko co mogło pójść źle, poszło (bento wylądowało na ubraniach, kłoda nie poleciała, nawet gra na dudach nie sprawiła, że senpai zauważył), jeszcze a propos gry na dudach taki cytat: "Trzymajcie się za kilty!! Semesenpai wzburzył Wichry Namiętności!!". Można by tak wypisywać przykłady z każdej strony (naprawdę każdej), bo manga jest nimi naszpikowana. Ale trzeba je  koniecznie zobaczyć razem z rysunkiem.


Bo one zachwycają. Są totalnie śliczne, urocze, nie można oderwać od nich wzroku po prostu. Ukechan ma tak ogromy zasób wyrazów twarzy i zawsze wygląda ładnie, Nekochanowi też nic nie brakuje, a nawet ma pewien ogromy plus w postaci uszu.  A całość jest tak niesamowicie dynamiczna, tak pod względem tego, jak wydarzenia są narysowane, jak i tego, że dzieje się ich naprawdę zaskakująco dużo. I nie myślcie, że ta historia jest taka prosta jak się wydaje, bo się zdziwicie.

Czekam na drugi tom, bo autorki (Ilona Myszkowska, Janina Grzegorzek i Katarzyna Stasiowska) zakończyły pierwszy okrutnym cliffhangerem.

Pozdrawiam, M

Pierwsze wrażenie - "Nigdy i na zawsze"

Hello!
Agata z naczytane bierze niedługo ślub i wymyśliła dla swoich koleżanek blogerek (co by nie musieć ich zapraszać na samo wydarzenie) super akcję - wypuściła w świat książkę oraz notes, aby zapisywać w nim życzenia i złote rady na nową drogę życia. Ponieważ Agata jest jedną z osób, z którą z blogów znamy się najdłużej, nie mogłam nie wziąć w niej udziału. Takim sposobem trafiła do mnie książka "Nigdy i na zawsze".

 
Pierwszy problem jest taki, albo lepiej ja mam, bo absolutnie nie tyczy się każdego czytelnika - otóż oglądam i bardzo lubię kanał Pawła Opydo "Złe książki", podoba mi się takie podejście do czytania. I w trakcie lektury "Nigdy i na zawsze" od pierwszych stron, miałam ochotę robić dokładnie to, co Paweł, bo materiału znalazłoby się bardzo dużo. Ale starałam się po części wyłączyć takie spojrzenie na tekst i próbowałam czytać go normalnie. Chociaż obawiam się, że jeszcze trochę i nic nie będę potrafiła przeczytać normalnie. Inna sprawa jest taka, że ostatnio czytam głównie rozważania na temat sonetów Sępa Szarzyńskiego. Wiedzieliście, że na temat dwóch wersów można napisać artykuł na 8 stron?

Początek nie jest zły. Dokładnie, nie jest zła pierwsza kartka, napisana z perspektywy chłopaka. Potem jest tylko źle. Punkt wyjścia wygląda następująco: bohaterka - Lucy -  ma obsesję (tyle dobrze, że sama sobie z tego świetnie zdaje sprawę) od dwóch lat, na punkcie chłopaka, z którym nigdy nie rozmawiała, a gdy w dość dramatycznych okolicznościach w końcu dochodzi do jakieś konwersacji, na niej się nie kończy - nasi bohaterowie (spoiler) się całują. Ta książka gubi jakiekolwiek prawdopodobieństwo koło 10 strony. I ma to niewiele wspólnego z wyżej wspomnianą pierwszą kartką, która z tego wszystkiego powinna być najmniej prawdopodobna. I pocałunek przy pierwszym spotkaniu, to też nie jest taka wielka sprawa, ale wszystko dookoła jest zbyt naciągane, aby móc w to uwierzyć.

W książce występują 4 rodzaje narracji: dwie trzecioosobowe, ale z perspektywy odpowiednio dziewczyny i chłopaka, oraz pierwszoosobowa, w której mówi bohater, oraz dwa krótkie rozdzialiki, w których narratorką jest Constance. Albo w sumie i 5, bo jest też narracja trzecioosobowa, gdy bohaterowie są razem.

Bohater - Daniel, w którymś rozdziale mówi o tym, jak ważne jest pierwsze wrażenie (i ma mnóstwo podobnych równie odkrywczych przemyśleń). Otóż "Nigdy i na zawsze" robi fatalne pierwsze wrażenie, a potem jest nieco lepiej, pod warunkiem, że pominiemy rozdziały Lucy i nie będziemy zwracać uwagi na udające głębokie, przemyślenia Daniela na temat życia i śmierci, bo same opowieści z jego wcieleń to najlepsza część książki. Historia tego jak przez wszystkie lata szuka Sophii jest interesująca. Wydaje się, że zamysłem autorki było pokazanie tego że Daniel szukał Sophii w przeszłości, a teraz obecna Lucy, analogicznie, szuka go w teraźniejszości. Nie do końca Ann Brachares to wychodzi. Szczególnie jeśli chodzi o Lucy. Początkowo myślałam, że będzie to bohaterka irytująca, ale tak naprawdę jest ona po prostu zupełnie czytelnikowi obojętna, bo tak bardzo nie ma charakteru. Jest jak kukiełka, miotana emocjami.

Problemem jest też to, że książka jest przewidywalna. Nic się w niej nie dzieje, więc, gdy tylko pojawia się jakaś ciekawsza postać, bez trudu można dojść do wniosku, że musi namieszać i nawet można się łatwo domyślić w jaki sposób. Szkoda tylko, że w autorka nie podejmuje wysiłku lepszego umotywowania działań swoich bohaterów (i tych dobrych i złych) i klarowniejszego ich przedstawienia, bo czytelnik może się złapać na tym, że zastanawia się z jakiego powodu to wszystko się dzieje. Przedstawione są wydarzenia, nie ciąg przyczynowo-skutkowy, co utrudnia znalezienie nici zrozumienia dla bohaterów. 

Daniela można polubić, gdy opowiada o swoich życiach i przeszłości, trochę trudniej, gdy narracja opisuje to, co robi w trzeciej osobie. Ogólnie to zadziwiające jak bardzo zmienia się styl autorki w zależności od tego, która narracja akurat jest prowadzona. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy podziwiać autorkę za te zmiany, czy raczej stwierdzić, że nie był to dobry pomysł, bo ze wszystkich naprawdę udała jej się tylko ta jedna - Daniela. Poza tym tak zupełnie subiektywnie, polubiłam Daniela, bo w narracji Lucy pojawiła się informacje, że pisze sonety Szekspira z pamięci, a druga sprawa interesował/interesuje się lotnictwem. Ale jest też bardzo samolubną postacią.

Ostatnia rzecz. W "Nigdy i na zawsze"  nie czuć miłość, romantyzmu, ani niczego podobnego. Może oprócz wątku z Constance, ale to wszystko. To nie jest urzekająca historia o uczuciu, nawet na polu tych romantycznych poszukiwań. Jeśli autorka chciałaby się podszkolić w tym wątku, to całkiem dobrzy w szukaniu i znajdywaniu są Snow White i Charming z "Once Upon A Time", można brać z nich przykład. Najbardziej w tej całej miłości gryzie, to że została ona zrodzona z poczucia winy i nie wiadomo, gdzie się kończy chęć zadośćuczynienia a zaczyna 'normalne' uczucie. 

Nie porwała mnie ta historia, za dużo w niej nieścisłości i nieprawdopodobieństa. Nawet zakończenie nie robi wrażenia, a chyba miało. 

Trzymajcie się, M


Vlogerzy książkują

Hello!
Druga część książkowej listy zawiera książki napisane przez znanych i lubianych vlogerów! Powtarzanie tego, co napisałam we wtorek chyba nie jest konieczne, więc zamiast chciałabym Wam ogromnie podziękować, bo Blogerzy książkują wywołało taki skok wyświetleń, jakiego jeszcze nie było w historii bloga! Ogromnie się cieszę, że się Wam spodobało.
Z prezentowanych dzisiaj książek czytałam tylko "WebShows", a i tak mocno wybiórczo więc przyznaję się bez bicia, że o tytułach prawie nie mam pojęcia. Ale wiem, że vlogerzy lubią o swoich książkach nawzajem robić filmiki więc jeśli Was to zainteresuje, to warto przeszukać youtube.
W liczbach: 21 książek, 16 autorów-vlogerów.



 Tylko książki Gonciarza, "Jeszcze pięć minutek" i jedna z książek o szyciu nie ma na okładce twarzy/postaci autora.



Krzysztof Gonciarz
"Wybuchające Beczki - zrozumieć gdy video"
"WebShows: sekrety Wideo w Internecie"

Ewa Grzelakowska-Kostoglu - Red Lipstick Monster
"Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu"
"Red Lipstick Monster: Tajniki DIY"

Włodek Markowicz
"Kropki"

Włodek Markowicz, Karol Paciorek
"Lekko stronniczy. Jeszcze więcej"

Radek Kotarski - Polimaty
"Nic bardziej mylnego"

Paulina Mikuła - Mówiąc inaczej
"Mówiąc inaczej"

Magdalena Kanoniak - Radzka radzi
"Radzka radzi: Tobie dobrze w tym!"

Maciej Frączyk - Niekryty Krytyk
"Zeznania Niekrytego Krytyka"
"Osobisty (i osobliwy) niepamiętnik Niekrytego Krytyka"
"Disco polo, Wiedźmin i gumy kulki, czyli III RP oczami Niekrytego Krytyka"

Wojciech Drewniak - Historia bez cenzury
"Historia bez cenzury"

Artur Filipowicz - Topowa Dycha
"Topowa Dycha. 100 faktów, 10 kategorii, najlepsze, szokujące informacje, o których nie mieliście pojęcia"

Karol Poznański - Kaiko
"Kaiko. It's only a game"

Adam Szustak OP- Langusta na palmie
"Jeszcze pięć minutek"
I o wiele więcej innych książek, ale ta jest najnowsza.

Jan Dąbrowski - JDabrowsky
"Takie tam"

Martin Stankiewicz
"Śmieszek. Cierpienia młodego youtubera"

Anna Maksymiuk-Szymańska "COza Szycie"
"Co za szycie. Poradnik szyciowy dla początkujących"
"Mamo, uszyj mi!"

Prawie zapomniałam i nie ma go na kolażu na górze - Cyber Marian "Dziś tak bardziej". 


Blogerzy książkują

Hello!
Dziś kolejny post z serii takich, na których publikację mega sie cieszę i które przygotowywane były od wakacji. Dziś książki, których autorami są znani i lubiani blogerzy!
Zebranie ich w jednym miejscu nie jest szczególnie oryginalnym pomysłem, ale nie wiem czy zauważyliście, ile nowych tytułów pojawiło się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy a kolejne ciągle się pojawiają. Zapewne nie ma to nic wspólnego z mikołajkami ani zbliżającym się Bożym Narodzeniem, podobnie z resztą, jak zupełnie przypadkowy jest termin publikacji tego wpisu. A że wierzę tylko w takie przypadki, które sama starannie zaplanuję oto lista 41 (gdybym wcześniej zauważyła liczbę, dobiłabym do 44, nawiązując do posta z zeszłego roku) książek 29 autorów-blogerów. 
W ramach wyjaśnień, bo nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie dodała): to jest tylko lista, nie wartościuję poszczególnych książek, kolejność jest dość przypadkowa, chociaż dwie pierwsze są pierwsze, bo tylko je z całej listy czytałam, a nawet posiadam. I gdybym nie była zmuszona do opublikowania tego posta z tabletu, to zapewne byłyby w tytułach podlinkowane recenzje. A całoś wpisu zostałaby okraszona jakąś grafiką. Wszystkie straty nadrobię,  gdy tylko laptop zacznie wykazywać większą chęć współpracy.

Katarzyna Czajka - Zwierz Popkulturalny
"Dwóch panów z branży"

Joanna Glogaza - Style Digger
"Slow fashion. Modowa rewolucja"
"Slow Life. Zwolnij i zacznij żyć"

Katarzyna Kędzierska - SIMPLICITE
"Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce"

Katarzyna Tusk - Make Life Easier
"Elementarz stylu"

Zosia Cudny - Make Cooking Easier
"Przepisy na cztery pory roku"
"Razem w kuchni"

Konrad Kruczkowski - Halo Ziemia
"Halo Człowiek. Rozmowy o tym, co ważne"

Anna Jakubska, Ewa Rokitnicka - kokoshka.pl; Olga Woźnicka - Manufaktura, Hand made by Olga
"Wielka księga inspiracji"

Michał Kędziora - Mr. Vintage
"Rzeczowo o modzie męskiej"

Michał Szafrański - Jak oszczędzać pieniądze
"Finansowy ninja"

Paweł Tkaczyk
"Zakamarki marki. Rzeczy, o których mogłeś nie wiedzieć, zapomnieć lub pominąć podczas budowania swojej marki"
"Grywalizacja. Jak zastosować mechanizmy gier w działaniach marketingowych"

Anna Mularczyk-Meyer - prosty blog
"Minimalizm po polsku"

Anna Moczulska - Kobiety i historia
"Bajki, które zdarzyły się naprawdę. Historie słynnych kobiet"

Agnieszka Skupieńska - Biznesowe info
"Zostań freelancerem. Praca zdalna od A do Z"

Michał Będźmirowski - Modny Tata
"Jak być fajnym tatą i nie zwariować"

Tomek Tomczyk - Jason Hunt
"Thorn"
"Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj"
"Social Media START"
"Bloger i social media"

Anna Kołomycew - Anwen Jak dbać o włosy
"Jak dbać o włosy. Poradnik dla początkującej włosomaniaczki"

Dagmara Skalska - Projekt Egoistka
"Egoizm to nie grzech! Pokochaj swój umysł"
"Egoizm to nie grzech! Kurs na miłość"
"Pokochaj swoje ciało. Egoizm to nie grzech"
Kalendarz: "Rok pozytywnej zmiany" 

Karolina Gliniecka - Charlize Mystery
"Nie mam się w co ubrać"

Magdalena Tomaszewska-Bolałek - Kuchniokracja
"Japońskie słodycze"
"Tradycje kulinarne Japonii"
"Zwierzęta zodiaku w kulturze Japonii"
"Tradycje kulinarne Korei"

Tomasz Węcki - Spisek pisarzy
"Wtajemniczenie"

Maciej Mazurek - Zuch.Media
"Król biurowej klasy średniej"

Paulina Wnuk - Paulina Wnuk - (From movie to the kitchen)
"Kuchnia filmowa"

Małgorzata Minta - Minta Eats
"Dzień dobry. Śniadania z Małgosią Mintą"

Kasia Ogórek -Twoje DIY
"Twoje Diy"

Michał Federowicz - Kulturą w płot
"Kulturą w płot"

Tony - Bunkrów nie ma
"Bunkrów nie ma"
Ta książka znalazła mnie, a nie ja ją. Czasami reklamy na facebook'u są przydatne.

Tomasz Kopyra - O piwie, piwowarstwie i ... (oprócz bloga, prowadzi także vloga, ale blogerem jest chyba bardziej)
"Wszystko co musisz wiedzieć aby nie wyjść na głupka"

Piotr Szaradowski - Muzealne Mody    (lekkie oszustwo, Muzealne Mody jako blog już nie działają,   obecnie jest to nazwa prywatnej kolekcji ubrań - zobaczcie sobie; autor pod tą nazwą działa także na facebooku)
"Francja elegancja"

Magdalena Kostyszyn - znów lekkie oszustwo, bo choć autorka ma bloga nie jest on związany z książką, z książką związany jest profil na facebooku.
"Ch...owa Pani Domu"

Pozdrawiam, M

Wielki Słownik Ortograficzny

Hello!
Jeśli myśleliście, że moim cudownym słownikiem tylko się chwalę, a go nie czytam, to się myliliście. Czytam. I zauważyłam, że niektóre zasady, ale zdecydowanie bardziej uwagi do nich czasami bywają bardzo ciekawe, a niekiedy zaskakujące. Tak zaskakujące i chyba wręcz wykraczające poza powszechną wiedzę, że postanowiłam Wam je pokazać. Więc w dzisiejszej notce przepisuję słownik, a dokładnie Wielki słownik ortograficzny PWN z zasadami pisowni i interpunkcji, wydany w Warszawie w 2016 roku.




Ciekawe:
"UWAGA: W wypadku deprecjonujących, lekceważących lub żartobliwych nazw członków narodowości typu kitajec, jugol poleca się pisownię małą literą, choć rozpowszechniony zwyczaj pozwala pisać je wielką literą, zwłaszcza gdy jest to uzasadnione etymologicznie: angol, jugol, kitajec, niemiaszek, pepik a. pepiczek, rusek, żydek. Analogicznie piszemy wyraz negr, będący pejoratywnym określeniem człowieka rasy czarnej. Podobnie, tzn. małymi literami, należy zapisywać rzeczowniki biały, czarny, żółty, które potocznie oznaczają kolor skóry i odnoszą się do ludzi poszczególnych ras" (str. 44)

"UWAGA: Zaliczany tu także nazwiska osób znanych z życia publicznego używane w liczbie mnogiej (np. Nieporadne rządy gomułków i bierutów) w celu poniżenia, okazania lekceważenia bądź pogardy wobec postaw, idei czy też osób związanych z nosicielem danego nazwiska. W przeciwnym razie można zachować dużą literę, np. Na małej skoczni oglądaliśmy trening przyszłych Małyszów." (str. 58)

Zaskakujące:
"Nazwiska osób, które pojawiły się w dziejach Polski przed rokiem 1800, piszemy zgodnie z dzisiejszą ortografią, a więc: Mikołaj Rej, Jan Zamojski (hetman i kanclerz z XVI w.), Tadeusz Rejtan (poseł sejmu rozbiorowego) itp. Wyjątek robimy dla nielicznych nazwisk o pisowni mocno utrwalonej w społecznej świadomości, np. Trembecki (Stanisław - poeta), Kołłątaj (Hugo - pisarz i polityk).
I odpowiednio - nazwiska postaci historycznych działających po roku 1800 piszemy zgodnie z ówczesną pisownią. Dlatego napiszemy: Władysław Stanisław Reymont, Jakub Gieysztor, a także Andrzej Zamoyski (prezes Towarzystwa Rolniczego - 1800-1874), ale Andrzej Zamojski (kanclerz wielki koronny - 1716-1792)." (str. 93-94)

A Wam ile razy przenieśli zostawiony spójnik do kolejnej linijki?
"Jednoliterowe spójniki i przyimki (a, i, u, w itd.) mogą pozostawać na końcu wiersza w tekście ciągłym, natomiast w tytułach książek i ich rozdziałów winny być przenoszone do następnego wiersza." (str. 88)

Wyjaśniające wątpliwości:
"UWAGA: Nie należy ujmować w cudzysłów wyrazów użytych przenośnie, w znaczeniu wtórym, oraz związków frazeologicznych w wypowiedziach potocznych i artystycznych. Błędy polegające a nadużywaniu cudzysłowu są bardzo częste w rozmaitych publikacjach, także w tekstach prasowych.
 Codziennie "wkuwam" kilkadziesiąt słówek angielskich. (cudzysłów zbędny)
 Wielu dorosłych wciąż pisze "jak kura pazurem". (Frazeologizmów nie ujmujemy w cudzysłów). "
(str. 151)

Pozdrawiam, M

Temat dobry, wykonanie - niedoróbka ("Japonki nie tyją i sie nie starzeją")

Hello!
Niedawno zauważyłam, że życie w pewnym sensie polega na zbieraniu coraz większej liczby rzeczy, które nas interesują. I tak do książek dołączało zainteresowanie musicalami, szczególnie tymi francuskimi, a potem wszystkim, filmami i serialami, ze specjalnym miejscem na rynek brytyjski, a od dłuższego czasu fascynuje mnie także anime. I, jak każe poprzednie zainteresowanie, zaczęło w końcu obejmować także kulturę kraju, z którym jest związane.


Tak naprawdę kupiłam książkę tylko, dlatego że na okładce widnieje słowo "Japonki". Nie miałam pojęcia o czym tak naprawdę jest, ani, tym bardziej, czego się po niej spodziewać. A nie jest to książka ani do końca lifestylowa, ani do końca kucharska. Nie jest to też prosto ujmowany poradnik. Wpisanie "Japonki nie tyją i się nie starzeją", do którejkolwiek z tych grup, ujęłoby zbyt wiele znaczenia z pozostałych. Jedno natomiast jest pewne autorka włożyła w jej pisanie mnóstwo serca i swoich doświadczeń, co może czytelnika razić, bo nie kupował on biografii Naomi Moriyamy. Zabrakło nieco większej ilości odwołań do ogółu i wszystkich Japonek. Ograniczenie się do jednej, małej kuchni matki autorki to odrobinę za mało. 

Niezbyt jasny jest układ treści książki. Autorka często powtarza te same informacje w więcej niż trzech miejscach, nie wspominając o tym, że w każdym przepisie, w którym występuje sos sojowy musi być dodane "o obniżonej zawartości sodu". Przy kilku innych produktach też są podobne dopowiedzenia. Lepiej byłoby dopisać przy pierwszym przepisie albo gdzieś w pierwszym rozdziale, że gdy w przepisie pojawia się produkt X to powinien albo dobrze by było, aby był taki i taki. Ten konkretny sos sojowy był wyjątkowo często powtarzany, także w tekście niebędącym przepisem i już na zawsze będzie mi się kojarzył z tym konkretnym tytułem. Wracając jeszcze do treści, rozdział 3. "Siedem sekretów tokijskiej kuchni mojej matki" (pierwszy miał tytuł: "Tokijska kuchnia mojej matki"), a rozdział 5. "Siedem filarów japońskiej kuchni" - zasadniczo piąty jest poszerzeniem 3, który z kolei był bardziej osobisty, a najbardziej osobisty był pierwszy. Dla urozmaicenia 2., który, jak mi się wydaje miał mówić o świeżości produktów, to jedna wielka opowieść z dzieciństwa autorki. Naprawdę ciekawy, choć napisany w taki sposób, iż czytelnikowi wydaje się, że autorka patrzy na niego z góry jest rozdział 4.: "Jak własną kuchnię przekształcić w tokijską, czyli: tak, w twoim domu to też jest możliwe!", w którym między innymi przedstawione są listy rzeczy, które na pewno już masz i które musisz dokupić, aby twoja kuchnia stała się tokijska. Autorka poleca zastawy, przyprawy, składniki i sprzęty, oraz dokładnie je opisuje wraz z alternatywami łatwiej dostępnymi w Ameryce. Jednak moim ulubionym rozdziałem jest rozdział 6. "Dieta samurajów" opowiadający o "bitwie pomiędzy brązowym i białym ryżem, która miała miejsce 800 lat temu". 

Od pierwszych zdań wiadomo, że "Japonki nie tyją i się nie starzeją" to książka napisana na rynek amerykański. Autorka z mężem mieszkają z Nowym Jorku i bardzo to czuć w treści. Przypuszczam, że dla Amerykanów mogło to być naprawdę pomocne, bo pani Moriyama konkretnie podaje sklepy czy adresy internetowe miejsc, gdzie można dostać potrzebne rzeczy, o których pisze. Natomiast dla czytelników poza Ameryką są to po prostu kolejne niepotrzebne informacje. Można było je wyciąć, bez merytorycznego uszczerbku dla treści. Jednak co ciekawe i bardzo miłe na końcu książki jest sekcja "Informacja dla polskiego czytelnika" z polskimi adresami i ciekawymi miejscami. Tym bardziej te amerykańskie można było więc usunąć z treści. 

Ależ się czepiam, ale jest o co. To znaczy książka pełna jest irytujących rzeczy, które można byłoby w bardzo prosty sposób poprawić i właśnie to boli najbardziej. Ktoś przed wydaniem, nie przeczytał jej widać, wystarczająco uważnie. Nie jestem też przekonana, czy umieszczanie przepisów w takich dość losowych miejscach (a to na końcu rozdziału, a to w środku podrozdziału; czasami jednego, czasami po 3, jeden pod drugim), było dobrym wyborem i czy nie lepiej byłoby, jednak, zebrać je razem na koniec. 

Wbrew czterem powyższym akapitom, to nie jest taka zła książka. Można się z niej naprawdę dużo dowiedzieć (szkoda, że jednak najwięcej o samej autorce) i wzbudza w czytelniku ochotę natychmiastowego pójścia do kuchni, aby gotować, niekoniecznie kuchnię japońską, nieraz przerywałam czytanie i szłam coś szamać. Byłam zaskoczona, na przykład tym, jak wiele w kuchni japońskiej się smaży. Ale, niestety, książka nie wyjaśniła mi fenomenu curry, a trochę na to liczyłam, gdy już zobaczyłam, o czym jest. Nie mniej jednak, mam ambitne plany wprowadzić jakieś tokijskie zmiany do mojego gotowania. Bo książka nie pozostawia wątpliwości, że będzie to dobra zmiana i raczej wyjdzie na zdrowie. Daru przekonywania autorce odmówić nie można.

Pozdrawiam, M

Dlaczego manga "Last Game" jest super?

Hello!
Rok z anime, rokiem z anime, ale przeczytałam cudną mangę i muszę podzielić się spostrzeżeniami. Inna sprawa, że gdyby nie anime, to po mangi na pewno bym nie sięgnęła.

A odpowiedzią na zadane w tytule pytanie jest:
Bo nie dzieje się w liceum tylko w collegu, co oznacza, że bohaterowie mają po dwadzieścia lat. I cudownie jest zobaczyć, że oni też mogą zachowywać się jak postaci z anime o licealistach. Można się też pocieszyć, że twoja wielka, romantyczna historia jeszcze może się wydarzyć, bo nie wszystkie zdążyły rozkwitnąć w szkole średniej.

 Największą siłą Mikoto jest to, że ciągle udaje jej się zaskakiwać chłopaka. Samą siebie, z resztą, też niektórymi czynami zaskakuje.

"Last Game" opowiada historię z perspektywy chłopaka. To się chyba raczej nie często zdarza w tym gatunku. Na dodatek Yanagi jest cudownym bohaterem, odznaczającym się wyjątkową wytrwałością, skoro to już dziesiąty rok od kiedy podąża za Mikoto. Plus Yanagi praktycznie na samym początku mangi oświadcza się Miko. Dwa razy. Ale ona zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy...

 Nie żeby Mikoto była nieczuła, ale to, jak Yanagi za każdym razem, ogromnie cieszy się gdy Miko jest dla niego miła, to coś niesamowitego.

...Przez co przez większość mangi oboje uznają się za przyjaciół i oczywiście prowadzi to do typowych sytuacji. Na przykład: on ma kogoś kogo lubi, ja jestem przyjaciółką; ona postrzega mnie jako przyjaciela i Yanagi płacze. Jak na chłopaka płacze zaskakująco często, a ilość ekspresji jakie prezentuje na kartach mangi, jest naprawdę duża. Ktoś musi nadrabiać za Mikoto. A ona dość szybko uświadamia sobie, że Yanagi to dla niej zdecydowanie ktoś więcej niż przyjaciel. Aby jednak ostatecznie wyznać mu uczucia, musi być postawiona w sytuacji "nie docenisz, póki nie stracisz"

Mikoto jest bardzo ciekawą bohaterką. Nie rozumie konwenansów, myśli logicznie i bardzo dobrze się uczy, oprócz Yanagiego nie ma innych przyjaciół - do czasu dołączenia do klubu astronomicznego - nie potrafi czytać między wierszami i jest najgorsza w rozumieniu subtelności relacji damsko-męskich, dużo pracuje, a jej najważniejszym celem jest odciążenie mamy. Nie do końca jest to typowa nieporadna bohaterka, bardziej taka, której po prostu stan rzeczy nie przeszkadza. Łatwo ją polubić, a jeszcze łatwiej współczuć Yanagiemu, że ulokował w niej wszystkie swoje uczucia, bo biedactwo, nie miało z nią lekko. Bohater był w stosunku do niej bardziej nieporadny niż Mikoto w życiu. Oglądanie ich rozwijającej się relacji i delikatnych zmian, jakie zachodziły w obojgu pod wpływem uświadomionych i uświadamianych sobie w pełni uczuć, było niezwykle przyjemną przygodą. 


Ponadto Mikoto pod pewnymi względami jest do mnie bardzo podobna, a czytając ostatnie rozdziały, gdy była na pierwszej prawdziwej randce z Yanagim, czułam się jak bym oglądała narysowaną siebie. Co prawda raczej na miejsce nie wybrałabym farmy, ale poza tym wszystko się zgadza. Niewątpliwie jednym z celów każdego twórcy jest, to aby czytelnik/widz mógł odnaleźć chociaż kilka swoich cech, w wykreowanych przez niego bohaterach.


Kreska, rysunki, kadry, postaci - wszystko jest śliczne. Jest to najładniejsza manga jaką czytałam (a czytałam 2 i pół, więc w sumie nie ma konkurencji). Najpiękniejsza wręcz. Delikatna, dopracowana i urocza. 


Kolejnym plusem jest to, że pomimo schematów, utartych typów postaci, manga odznacza się oryginalnością, a po pewnym czasie, gdy minie już główna fala zachowań jak postaci z liceum, warstwa psychologiczna postaci staje się wyjątkowo prawdopodobna, a całość wypada bardzo naturalnie.


Przyjaciele i rodzina głównych bohaterów to także postaci bardzo charakterystyczne i ciekawe, ale, jak wypada, trzymają się z boku. Może oprócz Soumy, przez którego przez moment manga grozi byciem opowieścią o trójkącie, na szczęście, autorka dużo lepiej wykorzystuje ten wątek. Z drugiej strony, jedna z klubowych koleżanek bohaterów kocha się w Yanagim, ale zostaje zbyta jeszcze szybciej niż Souma. Jestem pewna, że wszyscy czytający, a także bohaterowie mangi, byli pewni, że Souma i wspomniana koleżanka skończą razem, ale do niczego takiego nie doszło.


Ostatni rozdział, ostatnie sceny są niezwykle wzruszające - ciągle odkrywam, że komiksy pod tym względem są nawet bardziej poruszające niż książki - dawno nie byłam tak szczęśliwa z zakończenia historii. I, choć jednocześnie nie mogłoby być bardziej satysfakcjonujące i idealne, to zdecydowanie chce się więcej. Z ogromną chęcią przeczytałabym o prawdziwym dorosłym życiu Yanagiego i Mikoto i dowiedziała się czy Souma i Momoka zaczną się spotykać, oraz zobaczyła ślub Shiori. Pozostaje jeszcze jedna kwestia - czemu to cudo nie ma jeszcze anime?! To idealny materiał!

LOVE, M

Bohaterowie nie powinni mieć dzieci ("Harry Potter i Przeklęte Dziecko")

Hello!
Gdy pojawiła się informacja o powstaniu sztuki teatralnej na motywach z Harrego Pottera, podeszłam do sprawy z dystansem, zdając sobie sprawę, że i tak jej nie zobaczę, więc nie ma co sobie tym głowy zawracać. Potem, bardzo powoli, pojawiały się zdjęcia obsady, wraz z kontrowersjami dotyczącymi, tego że Hermionę odgrywa czarnoskóra aktorka. Kiedy dokładnie dowiedziałam się, że scenariusz sztuki ma zostać wydany, nie pamiętam. W pierwszej chwili, też nie bardzo mnie to obeszło. Do czasu premiery przedstawienia. I się zaczęło gorączkowe oczekiwanie. Gdy wychodziła angielka wersja scenariusza byłam w Niemczech i walczyłam ze sobą, aby jej nie kupić. Po pierwszych doniesieniach cieszyłam się, że tego nie zrobiłam. 
Uwaga! Nie da się napisać o tej książce, bez ujawniana pewnych szczegółów, tzn. nawet nie czuję jak spoileruję. 


Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.


Trudno jest znaleźć w internecie choć jedną naprawdę pochlebną recenzję "opowieści autorstwa J.K.Rowling, Jacka Thorne'a i Johna Tiffany'ego". Najczęściej powtarzającym się zarzutem, jest jej fanfikcyjny charakter. A to tylko czubek góry lodowej. Dla dobra psychiki czytającego i, aby nie zrujnować jego wyobrażenia o siedmiu wcześniejszych książkach, "Przeklęte Dziecko" najlepiej jest traktować jako kompletnie oddzielną, niezwiązaną z poprzednikami, opowieść. 


Pierwsze sceny powtarzają zakończenie "Insygniów śmierci", oczywiście w okrojonej wersji (nawet bardzo okrojonej - pisząc to, porównuję sobie te dwa fragmenty, ale skrócenie, to nie jakiś szczególny mankament [chociaż, niektóre szczegóły bardzo się nie zgadają, inne zostały zmienione], ale, tak czysto osobiście, liczyłam, że może Teddy Lupin pojawi się w sztuce), natomiast scena trzecia to początek nowej (choć nie zupełnie, jak się okazuje) historii. Albus Severus Potter i Scorpius Malfoy poznają się i od samego początku łączy ich nić porozumienia. 


Wróćmy jednak do bohaterów, których znamy. Przynajmniej teoretycznie. Gdzie się podziały ich charaktery? Czy to jeszcze są te same osoby, które znaliśmy czytając powieści? Nie wiem i nie. Ron stał się ciepłym kluchem, albo i gorzej. Gdzie jest "Dumbledore wiedział, że będziesz chciał wrócić" i wszystko, co te słowa ze sobą niosły. Autorzy opowieści zapomnieli (a może, choć nie wiem, czy to możliwe, wcale nie znali) poprzednie części. Czytając "Przeklęte Dziecko" ma się ogromne wątpliwości, czy J.K.Rowling w jakikolwiek sposób przyłożyła do powstania sztuki rękę. Dostajemy scenę, gdy Hermiona zamierza uderzyć Rona. Zamiast niego dostaje czytelnik, bo tak bardzo do niczego ten pomysł nie pasuje, że czytający kompletnie zostaje wybity z rytmu i nie jest w stanie, znów dać się wciągnąć w historię. Nawet jeśli miały być to żarty, a nie jestem przekonana, to ten krótki moment wypada bardzo źle. Harry. Jest mdły, irytujący i nie powinien mieć dzieci. O Ginny się nie będę wypowiadała, bo jej nie lubiłam od pierwszego zdania, w którym się pojawiła. Draco. On się zmienił, ale w całkiem prawdopodobny psychologicznie sposób. Osoby, które lubiły go w książkach (a nie powinny były, według autorki, bo to zły chłopiec był; Rowling nie wie, że dziewczynki w pewnym wieku, ciągnie do złych chłopców) teraz możliwe, że polubią go jeszcze bardziej (bo najlepiej jest, jak dziewczynce uda się tego faceta zmienić, ale takie rzeczy tylko w książkach). 


Nasi główni bohaterowie. Co do tego jednego wątpliwości nie ma, Albus i Scorpius są równorzędnymi postaciami. A nawet powiedziałabym, że Scorpius jest o pół tonu ważniejszy albo momentami odgrywa istotniejszą rolę. Ogólnie chłopak w życiu ma gorzej niż syn Harrego, a jednocześnie ich problemy są na tyle podobne, że musieli się zaprzyjaźnić. Zapałałam do niego sympatią, bo to taka niewinna postać, której bardzo łatwo współczuć. Albusowi nieco trudniej, gdyż, tak naprawdę, nie za bardzo wiadomo, na czym opiera się jego konflikt z ojcem. W trakcie sztuki pada dużo mocnych słów, których żałują tak Harry, jak i Albus, ale nie stanowią one wyjaśnienia, raczej są efektem. A wszystko zaczęło się, bo chłopak trafił do Slytherinu i musiał zmierzyć się, jak w opisie, z rodzinny dziedzictwem, tzn. jest wytykany palcami, bo nie pasuje do obrazka Potterów i zaprzyjaźnił się ze Scorpiusem.


Zasadnicza akcja opiera się na zmienianiu przeszłości i, co nieodzowne w tego typu przypadkach, trafianiu w alternatywne wersje przyszłości. Albus postanowił uratować Cedrika. Zamysł więcej niż intrygujący. Wykonanie więcej niż naciągane. A jednocześnie niesamowicie dobrze i szybko się to czyta. Tylko, jak zacznie się nad tym zastanawiać, to okazuje się, że durne to strasznie. Dodatkowo w scenariuszu pojawiają się postaci, które nie żyją od 22 lat. Wątpliwy przywilej historii o zmianie czasu i nowych wersji przyszłości. Swoje zadanie jednak spełniają, bo emocje wywołują niemałe.


Czytanie "Przeklętego Dziecka" to permanentna sinusoida uczuć, tak lekkiego sentymentu do poprzednich siedmiu części, jak i współczucia dla Scorpiusa i Albusa oraz racjonalnego, krytycznego podejścia do tego co się czyta, a co nie jest dobre.
Czytam jeden fanfik, akurat tak wypadło, że o Harrym Potterze. Nie znam się jednak na popularnych motywach fanowskiej twórczości, mogę się ich jedynie domyślać, nie jest to nic trudnego, ale nigdy nie interesowałam się nimi szczególnie. Być może dlatego, pomysł na ratowanie Cedrika, wydał mi się całkiem uzasadniony jako akcja sztuki. Do tego elementu nie potrafię się szczególnie przeczepić, bo dobrze mi się czytało. Nie twierdzę, że ma wiele sensu, ale, jeśli się pozwoli, można dać się wciągnąć w przygody Albusa i Scorpiusa.


Problem pojawił się później. O tym fanfikowym motywie słyszałam nieraz - Voldemort ma dziecko. Z nikim innym jak Bellatrix, bardziej oczywistej kandydatki nie było. I to mnie przerosło. Chociaż byłam na to gotowa, udało mi się ustrzec przed większością spoilerów, ale na ten wpadłam. Nawet nie mam siły rozwijać tego wątku. Może, gdyby się nie pojawił, "Przeklęte Dziecko" nie byłoby takie złe. Niestety, motyw zaistniał, córka się urodziła (przed bitwą o Hogwart - mam ochotę jeszcze raz przeczytać całe Insygnia i prześledzić, to co robiła Bellatrix i napisać, jak bardzo jest to nieprawdopodobne), ale bardziej niepotrzebnego elementu opowieści nie ma. A nawet bardziej, córka Voldemorta w niepotrzebności spokojnie może stawać w szranki z różnymi dziełami popkultury. I przypuszczam, że by wygrała.


Kolejną kwestią, jest to, jak wielką pożywkę dla kolejnych fanfików, fani będą mieli z "Przeklętego Dziecka". I nic nie pomoże, sugestia autorów, że Scorpius, bez wzajemności, od pierwszego roku kocha się w Rose Granger-Weasley (nie wspominałam, ale syn Draco jest nieco męską wersją Hermiony - mniej irytującą niż ona w pierwszych książkach, natomiast Rose to kopia mamy), bo wszyscy i tak będą go shipować z Albusem. Jakiś podstaw do tego można się doszukiwać, ale podejście ludzi do tematu, tylko udowadnia, że społeczeństwo ma problem z bliską, męską (chłopięcą) przyjaźnią.


Być może miłość ratuje bohaterów, ale raczej bohaterowie nie uratują miłości fanów. W scenariuszu sztuki mamy kumulację motywów siły miłości i siły przyjaźni. W powieściach też były to jedne z najważniejszych elementów, ale scenariusz bije je na głowę, szczególnie pod względem miłości. A nawet jeszcze szczegółowiej - skupiany się na miłości rodziców do ich dzieci. Konkretnie ojców do synów. I okazuje się, że być może jest ona nawet silniejsza, acz bardziej skomplikowana, niż miłość  matki do jej dziecka. Jednocześnie absolutnie nic z tego nie wynika, jest tylko jeszcze trudniejsze do przyjęcia jako uzasadnienie wydarzeń, niż to, że poświęcenie Lily sprawiło, że Harry przeżył. A fakt, że bohaterowie oglądają całą scenę morderstwa rodziców Harrego, z jakiegoś  powodu nie przenosząc się do przyszłości wcześniej, jest kompletnie niezrozumiałe.


Pomijając treść, książka jako książka, jest bardzo ładnie wydana. Mam tę przyjemność, że posiadam wersję z twardą okładką. Niepokoi jedynie napis na górze "Pierwsze wydanie scenariusza" co sugeruje, że będę kolejne (słyszałam, że coś takiego planowane jest po zakończeniu wystawiania sztuki, gdy okaże się, co sprawdziło się na scenie, co nie i jakie zmiany były wprowadzane na bieżąco). Motyw skrzydeł i piór pojawia się jako element charakterystyczny, jako ozdoby gałązki (różdżki?). Przy czym kompletnie, pod żadnym względem, nie pasuje do innych okładek.


Napisałam swoje, poczytałam trochę co pisali inni i większość recenzujących zgadza się, co do następujących kwestii: 1) córka Voldemorta, to jeden z najgorszych pomysłów ever; 2) Draco i Scorpius jako jedyni mają charakter; 3) charaktery wielkiej trójki są nie tylko niezgodne z książkami, ale także, nawet jako zupełnie nowe, się nie sprawdzają. Niektórzy twierdzą, że trzeba było iść za ciosem i zrobić ze Scorpisa i Albusa parę, ale ja totalnie widzę wesele Scorpiusa i Rose.  Rzeczą, której nie zauważyłam, a o której wspominają niektórzy recenzenci jest podobieństwo Harrego i Scorpiusa. Wiele osób wspomina też o wielkim potencjale, który nie tylko nie został wykorzystany, ale wręcz do tego stopnia zmarnowany, że całość jest kompletnie niepotrzebna. Inną rzeczą jest fakt, iż jest to scenariusz sztuki; dla mnie czytanie takiej formy literackiej nie jest żadnym problemem, ale zauważyłam, że dla ogromnej liczby osób to coś strasznego. Scenariusz odbiera nam opisy i powinniśmy nauczyć się, wyobrażania sobie świata przedstawionego na scenie. To z kolei, powinno sprawić, że nasza wyobraźnia pracuje jeszcze lepiej. Jest to jednak dość indywidualna sprawa.


Wiem jednak na pewno, że do "Harrego Pottera i Przeklętego Dziecka" powrócę jeszcze nie raz, M


PS. Dopiero jak przyszedł czas wstawiania zdjęć spostrzegłam, że to prawdopodobnie najdłuższa notka na blogu. 
PPS. Niedawno na zajęciach jeden z prowadzących powiedział nam, że jeśli ktoś nadużywa w tekście nawiasów, to oznacza, że nie potrafi go budować. Ups. Nie byłby ze mnie dumy. 

"Święci codziennego użytku" - cytaty

 Hello!
 Nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała paru cytatów z książki "Święci codziennego użytku". Enjoy!


Święty Józef z Kuperynu
„(…) pod względem intelektualnym był prawdopodobnie upośledzony w stopniu lekkim (i dlatego Kościół zrobił go patronem uczniów i studentów) (...)”

Święty Rafał Kalinowski
„Dziś powiedziałbym pewnie każdemu to, co święty Rafał: nie przejmuj się tym, że szukasz i nie znajdujesz, jeśli uczciwie szukasz, znajdziesz – najczęściej tam, gdzie w ogóle się tego nie spodziewasz.”

Wdowa ze świątyni
„Stosunek Jezusa do dóbr materialnych, zwłaszcza do pieniędzy, to temat na osobny traktat i fascynującą opowieść, która – założę się – wielu z nas doprowadziłaby do rozpaczliwej refleksji, że ze swoimi przyzwyczajeniami w tej materii nadajemy się na wyznawców Chrystusa jak Król Julian na prezydenta.”

Święty Antoni z Padwy
„Może jednak jest tak, że gdy człowiek uwierzy, iż życie jest cudem, cuda stają się jego codziennym życiem?”

Święty Charbel Makhlouf
„Święty w tym swoim kapturze, czarnych szatach, ze spuszczonym wzrokiem, wyglądał jak Meriln albo członek rady pedagogicznej z Hogwartu (...)”

Święty Andrzej Rublow
„Piękny kościół potrafi powiedzieć człowiekowi bez słów kazanie dużo bardziej poruszjace niż niejeden popisujący się w nim oracjami ksiądz. Piękno to w ogóle jedno z najbardziej dziś niedocenionych narzędzi do opowiadania światu o dobrym i kochającym Bogu. Może wyczuwają to intuicyjnie ci z moich znajomych, którzy zamiast do kościoła, chcą iść na łąkę lub do lasu?”

Kompania ochrony
„Oni pierwsi wiedzą, że wrogiem człowieka nie jest wróg, ale lęk przed nim. I że największym grzechem, jaki można popełnić, jest rozpacz.”

Święta Maria z Egiptu
„W kręgach dominikańskich do dziś krążą wspomnienia o pewnym zakonniku, który mówiąc kazania o Marii z Egipu, wprowadzał do nich osobliwy refren, nadający jej lubieżności wymiary niemal nieziemskie: „I kiedy tak pracowała jako kurtyzana w Aleksandrii, współżyła z mężczyznami dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku. I kiedy zdecydowała się pojechać w podróż do Ziemi Świętej, na statku też na okrągło współżyła. Dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku! A kiedy dopłynęła na miejsce, nadal grzeszyła z pielgrzymami! Dzień i noc bez ustanku, dzień i noc bez ustanku…”. W słuchaczu rośnie przerażenie, ale o lepsze walczy w nim tez podziw. No bo kto by takie brewerie, drodzy państwo, wytrzymał czysto kondycyjnie?” 

Pozdrawiam, M

Poszukaj przyjaciela ("Święci codziennego użytku")

Hello!
Moje miasto rodzinne nie należy do wielkich metropolii, ale mamy muzeum. Obecnie prezentowana jest tam prezentowana wystawa "Zwykli niezwykli. Kult świętych w diecezji łomżyńskiej." Ktoś genialny skojarzył ten temat z książką Szymona Hołowni wydaną w styczniu 2015 roku "Święci codziennego użytku" i postanowił zaprosić go na spotkanie. Na które to wybrałam się z Mamą, która książkę zakupiła, ja przeczytałam i trochę napisałam.
A samo spotkanie było super, jak będziecie mieli kiedyś okazję iść i posłuchać jak mówi to wybierzcie się koniecznie, bo można się przeciekawych rzeczy dowiedzieć.


„Święci codziennego użytku” są książką zabawną, tam gdzie można, nawet bardzo, ale tam gdzie trzeba poważną, nie wpadającą jednak w tragiczne i dramatyczne tony, nawet gdy opisywany święty to męczennik bądź osoba cierpiąca, chorująca. Jednak co ważniejsze nie bez przyczyny to „święci codziennego użytku” - wielu z nich to osoby, których życiorysy są… normalne. Albo względnie normalne, biorąc pod uwagę czasy, w których żyli. Dlatego czytamy o świętym małżeństwie, które zostało święte, bo było małżeństwem, a nie dlatego, że przypadkiem dwójka świętych była mężem i żoną. Ba, nie wszyscy opisywani święci to święci wyniesieni na ołtarze. A nawet wśród takich znajdują się święci, ale uwaga prawosławni albo innych powiedzmy pokrewnych wyznań (nie jestem pewna jak działa „uznawanie” ich w wyznaniu rzymskokatolickim, ale nie dziwię się, że autor postanowił ich umieścić w książce). Bardzo ciekawa i inspirująca zbieranina postaci.

Do najciekawszych świętych należą: święty Józef z Kupertynu, święta Olga, święty Mojżesz Etjopczyk, Maria Magdalena („nie była prostytutką” - ode mnie: idźcie pooglądać National Geographic, albo podobne kanały, gdzie są programy typu „Tajemnice Biblii” i już będziecie wiedzieć, że Marie Magdaleny w samej Biblii był co najmniej dwie, a to późniejsza tradycja łączy postaci i tworzy z nich jedną), święty Roman Melodos, błogosławiony Oscar Romero (jego historia zawsze bardzo mnie porusza i ogromnie przemawia do wyobraźni), sporo miejsca poświęcone jest Aniołowi Stróżowi. Ogólnie świętych jest 52 – po jednym na każdy tydzień roku.

Widać jak ogromną pracę włożył autor w powstanie tej książki i to nie tylko po bibliografii znajdującej się na końcu. Cytaty są nad wyraz trafne i albo komentują, albo są komentarzem do omawianego aspektu życia świętego. Jest mnóstwo wtrąceń na zasadzie: ktoś pisze też coś tu – idź doczytaj, ewentualnie spytaj wujka Google i zobacz sobie zdjecie/wizerunek.

Jest to też bardzo osobista książka, z jakiejś przyczyny  święci zostali przecież wybrani. Tym powodem jest to, że autor ich lubi. Więc przy każdej postaci jest jakieś osobiste, krótsze lub dłuższe świadectwo działania bądź obecności tych świętych w życiu tak autora, jak i jego rodziny, czy przyjaciół (Marcina Prokopa na przykład; zresztą święty Prokop też jest). Co ma jeszcze jeden skutek czytelnik zostaje zapoznany z osobistymi poglądami autora, z którymi może się zgadzać bądź nie zgadzać, niektórych mogą miejscami razić, ale ogólnie nie przeszkadzają w czytaniu. Chyba, że ktoś ma ochotę mówić do książki, co byłoby chyba nawet dziwniejsze niż gadanie do telewizora.

"Święci codziennego użytku" to bardzo przyjemna, ładnie i z pomysłem wydana (zapomniałam dopisać - na końcu dołączone są obrazki wszystkich świętych do wycięcia i noszenia np.: w portfelu), oraz ciekawa pozycja. Nie jest jednak moralizująca albo oceniająca, a takie rzeczy słyszałam. Co prawda zaprezentowane w niej sylwetki świętych to nie suche biografie, a okraszone są osobistymi doświadczeniami autora, ale nie jest to powód, aby je umniejszać.

Pozdrawiam, M

Wściekły antropolog ("Chemia śmierci")

Hello!
Każdy chyba natknął się na pierwszy akapit "Chemii śmierci": "Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś co kiedyś było siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę...". Ja też. I pomimo tego postanowiłam przeczytać książkę w całości. 



David Hunter przeprowadza się do Manham, aby uciec przed przeszłością i zaznać odrobiny spokoju. Trwa on mniej więcej trzy lata - do czasu, aż dwóch chłopców znajduje niedaleko miasteczka zwłoki. David zostaje namówiony do powrotu do swojego poprzedniego zawodu, a to dopiero początek. 

Najpierw będę się czepiała - krótki opis z tyłu okładki (wiem, że to ma swoją nazwę, ale zawsze zapominam) sugeruje, że będzie to niesamowicie trzymająca w napięciu książka, taka po której nie można będzie spać i inne cuda. A prawda jest taka, że wcale aż tak bardzo tych emocji nie czuć, a na pewno nie od pierwszych stron. Akcja, choć rozpoczyna się mocno, później się wycofuje, na rzecz ekspozycji głównego bohatera, by następnie powoli, ale systematycznie wzrastać aż do osiągnięcia naprawdę ogromnego poziomu w punkcie kulminacyjnym. Najciekawsze jest to, że on sam jest podwójny. 

Emocje są ogromne, ale dopiero na koniec. Wcześniej, tak czytelnikom jak i Davidowi, są one bardziej wmawiane niż prawdziwe. Aż do chwili, gdy bohater zmienia się we wściekłego antropologa. Przemiana jest ogromna, można ją zrozumieć, choć jednocześnie autor niewystarczająco zadbał o przedstawienie relacji pomiędzy Davidem, a powodem jego wściekłości, co może sprawiać, że jego potrzeba działania wydaje się naciągana. 

Czym "Chemia śmierci" wygrywa? Tym, że David nie pomaga bezpośrednio w śledztwie, nie bawi się w detektywa-amatora, nie udaje, że zna się na pracy policji lepiej niż oni sami, a jedynie wykonuje swoją pracę jako antropolog. Do czasu oczywiście, ale jego późniejsze działania są umotywowane i nie byłoby głównym bohaterem książki, gdyby w końcu nie wziął spraw w swoje ręce. Od tego momentu książka staje się naprawdę bardzo dobra.

Samego bohatera poznajemy całkiem nieźle, ale książka ma tylko 250 stron, co sprawia, że nie na wszystko jest miejsce i przez skróty jakie czyni Simon Beckett, dość dobrze znamy jego przeszłość, a jednocześnie jego teraźniejszość w aspekcie życia prywatnego jest dość słabo zarysowana, a powinna być lepiej, biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia książki. Nie można natomiast nic zarzucić części dotyczącej pracy Davida. Oprócz dwóch wstawek podobnych do fragmentu rozpoczynającego książkę, autor odpuszcza szczegóły i czytanie o tym co robi jest raczej intrygujące niż straszne. 

Zakończenie książki jest z gatunku "najciemniej pod latarnią", ale nieco bardziej skomplikowane. Obnaża naprawdę najgorsze ludzie instynkty, uczucia i zachowania, udowadnia, że określenie "zezwierzęcenie" nie wzięło się znikąd. Robi wrażenie.

Jeszcze jedną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę był sposób narracji - jakby z David z przyszłości opowiadał o tym, co się wydarzyło, ale jednocześnie napisane jest to tak, że jesteśmy przekonani iż czytamy o wydarzaniach na bieżąco. Pojawiają się liczne dopowiedzenia głównego bohatera na ich temat typu: "miałem później tego bardzo żałować", itp. I od razu czytelnik się zastanawia, co się takiegoż stanie i dlaczego David będzie żałował. 

Trzymajcie się, M

Dać się wciągnąć ("Kancelaria")

Hello!
Korzystając z faktu, że nie byłam w domu, tylko u chrzestnej szukam w jej biblioteczce ciekawych książek. Tak trafiłam na "Kancelarię" Johna Grishama. Nazwisko obiło mi się już o uszy i to w bardzo pozytywnym kontekście więc postanowiłam dać szansę temu tytułowi.


Wally i Oskar mają kancelarię specjalizującą się w sprawach o uszkodzenie działa, odszkodowania, a ich hobby to uganianie się za sygnałami karetek pogotowia. Na dodatek jedynym prawem jakie stosują regularnie jest prawo ulicy i prawo dżungli, i nie raz byli oskarżani o naruszenie etyki zawodowej. David natomiast to pracownik wielkiej adwokackiej korporacji, z której pewnego dnia ucieka i w ciekawych okolicznościach trafia do "butiku" Wallego i Oskara. Panowie dają się wciągnąć w sprawę leku na obniżenie cholesterolu, świat pozwów zbiorowych i ogromnych sum pieniędzy. 

Opornie czyta się "Kancelarię", choć z każdą kolejną stroną jest lepiej. Ani Wally - alkoholik walczący z nałogiem, reklamujący usługi prawnicze wszędzie oprócz telewizji, bo Oskar się nie zgadza, a do tego straszny naiwniak po rozwodach - ani Oskar - straszy wspólnik, którego jednym marzeniem jest mieć święty spokój, który może osiągnąć rozwodząc się z żoną - nawet nie mają zadatków na postaci, które można polubić bądź być ich ciekawymi. W przeciwieństwie do Davida, który bardzo rozwija się na kartach książki i zasadniczo jest jej głównym bohaterem. I ma tę przewagę nad starszymi kolegami, że można mu kibicować w działaniach, których się podejmuje. 

Sprawa, nad którą prawnicy pracują nie jest, aż taka fascynująca jak mogłoby się wydawać. Dwie, poboczne sprawy, którymi zajmował się David w międzyczasie, gdyby opisać je ze szczegółami, byłyby tysiąc razy ciekawsze niż wątek krayoxxu. Choć i on ma swoje dobre momenty, głównie w czasie omówień postępowania przygotowawczego, na spotkaniach z sędzią oraz gdy dowiadujemy się jaką strategię będzie przyjmowało Varrick Laboratories, czyli, w skrócie, gdy jednymi postaciami, które sprawą się zajmowały nie byli Wally i David.

Książka zaczyna się robić naprawdę fascynująca gdzieś w 3/4, gdy nasi główni bohaterowie w końcu dowiadują się tego samego, co czytelnicy wiedzą już od jakiś 200 stron i muszą sobie z tą wiedzą poradzić, a jak łatwo się domyślić dla ich procesu nie jest to wiadomość pozytywna. Pomijając już nawet fakt, że samo rozpoczęcie prawdziwego procesu było dla naszych prawników zaskoczenie. Ale trzeba przyznać, że chociaż w tym momencie zaczęło się sypać wszystko, co posypać się mogło, David dzielnie sobie poradził i od stron, gdzie przebieg procesu był opisywany nie mogłam się oderwać. Książka byłaby lepsza, gdyby tak o połowę ją skrócić, naprawdę ta fabuła nie potrzebowała 500 stron.

Trzymajcie się, M

PS. Gdyby ktoś się zastanawiał czemu posty pojawiają się w nieregularnych porach oraz czemu aktywność na facebook'u wygląda podobnie, informuję - otóż jestem w trakcie praktyk. Będę o nich pisała pod koniec miesiąca i na początku października.
The Phantom Police Man Proudly Powered by Blogger