Showing posts with label Teatr i opera. Show all posts
Showing posts with label Teatr i opera. Show all posts

Najtragiczniejszy friendzone świata - "Notre Dame de Paris"

Hello!
Pierwsza wzmianka o "Notre Dame de Paris" pojawiła się na blogu 10 sierpnia 2013 więc ponad trzy lata temu. Wtedy nawet nie myślałam o tym, że kiedykolwiek będę miała możliwość zobaczyć musical na żywo. W 2014 byłam na "Ale musicalach", gdzie zaśpiewano "Czas katedr", ale już wtedy znałam "Belle" i Katedry w wykonaniu Janusza Radka. Gdy w zeszłym roku usłyszałam, że Teatr Muzyczny będzie robił Notre Dame to początkowo myślałam, że to nieprawda i niemożliwe. Gdy okazało się, że faktycznie robią, to chciałam od razu kupować bilet na prapremierę. Do czego ostatecznie nie doszło. Później z różnych powodów myślałam, że w końcu już tego nie zobaczę. Ale jednym z plusów moich studiów są zajęcia z ludźmi kultury, na przykład z dyrektorem Teatru Muzycznego. Takim cudem wczoraj byłam na "Notre Dame".

To nie jest obsada tego spektaklu, na którym byłam, ale zdjęcie jest z Belle. Autorem zdjęcia jest Piotr Manasterski <źródło>

Myślałam, że emocje będą podobne jak w przypadku "Ale musicali", ale "Notre Dame" nie było dla mnie tak zaskakujące jak chciałabym, aby było. A z resztą przeczytajcie sami.
Dane personalne (z fanpage Notre-Dame de Paris [Fani Polska/ Fans Pologne]):
Esmeralda: Ewa Kłosowicz
Quasimodo: Janusz Kruciński
Frollo: Piotr Płuska
Phoebus: Przemysław Zubowicz
Fleur de Lys: Kaja Mianowana
Gringoire: Maciej Podgórzak
Clopin: Krzysztof Wojciechowski


Wybaczcie tytuły po francusku, ale po polsku nie ma takiej ładnej listy. Ta pochodzi z Wikipedii.
 Akt I 
Le Temps des cathédrales - Gringoire - Czas katedr
Jak ktoś słyszał wykonanie oryginalne to pod wielkim wrażeniem nie będzie. Jak ktoś słyszał do tego jak Janusz Radek to śpiewa, to może go gryźć w uszy tłumaczenie. Mnie gryzło, ale nie było tragicznie.

Les Sans-papiers - Clopin & Chorus 
Clopin daje radę, nie ma się co czepiać.Ogólnie najlepszą rzeczą jaką się przydarzyła Teatrowi Muzycznemu jest zespół tancerzy. Niesamowici ludzie, niesamowite zdolności. Każda scena zbiorowa to coś niesamowitego. I one najlepiej wypadają w całym musicalu.

Intervention de Frollo - Frollo & Phœbus 
To nie jest jakiś szczególnie ważny utwór, wszystko było w porządku.

Bohémienne - Esmeralda 
Z aktorką grającą Esmeraldę był pewien problem, to znaczy nie wiem, czy pani Ewa po prostu tak śpiewa czy miała katar, ale zgodnie stwierdziliśmy, że wydaje się jak by miała zatkany nos i nie wszystko brzmiało tak jak powinno. Kolejna uwaga nieco bardziej ogólna, aktorom często zdarzało się nie dociągać gór, urywali jakby końcówki nuty, a niekiedy przedłużali nie te dźwięki (albo literki, na których był ten dźwięk) co trzeba. 

Esmeralda tu sais - Clopin 
Ciągle daje rade i w sumie nie zmieni się to do końca musicalu.

Ces diamants-là - Fleur-de-Lys & Phœbus 
Uważam, że rola Fleur to jedna z najbardziej niewdzięcznych ról jakie mogą być. Ani widzowie tę postać mogą polubić, ani jej nie lubić, a przynajmniej nie na typ etapie, ani w ogóle nie wiadomo, z której strony do niej podejść. Ale jedno trzeba przyznać, pani Kaja wygląda prześlicznie. Ze śpiewaniem tak różnie, ale i pod tym względem rola jest niewdzięczna. Febus, póki co, nieszczególnie się wyróżnia.
Ale warto jeszcze dopisać, że w Muzycznym bardzo ładnie działają światła.

La Fête des fous - Gringoire & Chorus 
Scena zbiorowa, znaczy wiadomo, że będzie bardzo dobrze. I jest. Patrzenie na tancerzy to czysta przyjemność, a ponieważ Janusz Radek tej piosenki nie śpiewał i nie ma z kim Gringoira porównać, to wypada bardzo korzystnie. Ale przypuszczam, że nawet jakby było, to pan Maciej by się obronił, bo wykonanie było bardzo dobre.

Le Pape des fous - Quasimodo
Co prawda to nie Garou, ale jest lepiej niż się spodziewałam. Byłam pewna, że szok płynący z porównania będzie większy, ale Quasimodo też daje radę całkiem nieźle.

La Sorcière - Frollo & Quasimodo/ L'Enfant trouvé - Quasimodo
Frollo śpiewa najlepiej z nich wszystkich.
A przy okazji tego utworu (utworów) dotarła do mnie pewna prawda dotycząca całego musicalu. Jeśli ktoś wybiera się na niego nie mając zupełnie pojęcia o fabule książki (znajomość bajki Disneya może pomóc, a jednocześnie bardzo zdziwić, bardzo) można kompletnie nie zrozumieć skąd wynikają relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami. Nie wspominając o psychologizacji (choć w drugim akcie się zdarza). Ale co, skąd i dlaczego, raczej nie. Jeśli bardzo uważnie słucha się słów, to jeszcze, ale ogarnianie na raz słów, gry aktorskiej, muzyki i na przykład tancerzy to bardzo wyczerpujące zajęcie, więc ławo coś może umknąć. A gdy to tego dojdzie, nagle można się nie znaleźć. Co ciekawe, znalazło to potwierdzenie wśród moich znajomych, którzy wyszli z sali i nie ogarniali.

Les Portes de Paris - Gringoire 
Byłoby bardzo dobrze, gdyby nie te niedociągnięte, urwane góry. Ja nie wiem czy to jakaś maniera, żeby nie dośpiewywać wszystkiego, czy moda czy coś jeszcze innego.

Tentative d'enlèvement - Phœbus & Esmeralda 
W porządku, ale trzeba mieć na uwadze wszystkie uwagi poczynione wcześniej.

La Cour des miracles - Clopin, Chorus & Esmeralda 
Clopin daje rade, tancerze dają radę nawet jeszcze bardziej. I mogłabym się nie powtarzać, ale warto chociaż w ten sposób ich docenić. A Gringoire w worku na żywo jest tysiąc razy bardziej zabawny niż na nagraniu. 

Le Mot Phœbus - Esmeralda & Gringoire 
Poeta nie ma takiej cudownej maniery jak oryginał, ale z czasem można się do niego przekonać; a piosenka po polsku, co zaskakujące, brzmi prawie tak samo dobrze jak po francusku.

Beau comme le soleil - Esmeralda & Fleur-de-Lys 
Cudowność - coś czego nie było w oryginale (jak pisze oryginale, to mam ma myśli nagranie z 1999 roku). Mianowicie postanowiono wykorzystać cienie, w taki sposób, że aktorki coś stały po dwóch stronach sceny, to rzucały cienie na środek horyzontu, tak że był one bardzo blisko siebie, a tło było takie subtelnie słoneczne. Febus, do którego piosenka jest skierowana wychodził na środek sceny i stawał pomiędzy cieniami rozdarty, co ma bezpośredni związek z kolejną piosenką.

Déchiré - Phœbus 
Która też jest zrobiona nieco inaczej niż w oryginale i bardzo na korzyść gdyńskiego przedstawienia. Otóż scena jest podzielona przesłoną, przed nią jest Febus, za nią tancerze. I w przeciwieństwie do wersji z nagrania nie wszyscy cały czas są oświetleni, ale są oświetlani punktowo, na przemian. Niesamowite wrażenie. Nasz Febus też dużo bardziej miota się rozdarty po scenie. Utwór jest bardzo, bardzo dynamiczny i robi piorunujące wrażenie.

Anarkia - Frollo & Gringoire 
Ładna, krótka wstawka, nie ma się czego czepiać

À boire ! - Chorus, Frollo & Quasimodo 
Wszystkie piosenki Quasimodo są takie emocjonalne, uczuciowe i raczej smutne,  i panu Januszowi dobrze wychodzi przekazanie tego komunikatu. A i bardzo ładnie zagrała to Esmeralda.

Belle - Quasimodo, Frollo & Phœbus 
Jak ja się bałam nadejścia tej piosenki. W tłumaczeniu, w którym śpiewa ją Janusz Radek znam ją na pamięć (ale nie mogę nigdzie znaleźć informacji kto tego przełożenia dokonał) więc każde inne gryzie mnie w uszy. Nie było tragicznie, ale z jakiegoś powodu tłumacz w kwestii Quasimoda użył słowa '"pierwej", które nijak nie pasuje, a słuchacza wybija z rytmu. Chociaż całe tłumaczenie Belle było jakieś takie anachroniczne. I nieco zbyt dosłowne. Ja wiem, że Francuzi nie należą do zbyt pruderyjnych narodów, ale polska wersja zyskałaby dużo na większej poetyckości. Nie wiem jak Wam, ale mi bardziej podoba się wersja "Dziś zerwę kwiat co imię ma Esmeralda" (i tak wszyscy wiedzą o co chodzi) niż "Dziewictwa kwiat zerwę Esmeraldy". Tym bardziej, że jest też polskie wykonanie z Festiwalu w Sopocie, gdzie śpiewa Garou (on akurat po francusku), ale Robert Janowski i Piotr Cugowski po polsku i choć tłumaczenie różni się od tego Radka, to kwestia wspomniana wyżej jest przetłumaczona tak samo.  
Polska Esmeralda jest odrobinkę mniej zmysłowa w tym utworze niż francuska, ale w momencie fragmentu Febusa zachowuje się już bardziej jak Cyganka, a na przykład w momencie gdy Frollo klęka, klęka także większość zespołu. Niestety trio nie robi tak powalającego wrażenia, jak by się chciało, aby robił, ale jest jakieś robi więc nie jest tak do końca tragicznie.

Ma maison, c'est ta maison - Quasimodo & Esmeralda 
Tutaj jeszcze nie, ale później okaże się, że ten duet jest bardzo dobry. W tej piosence jeszcze nie widać wszystkich zdolności, ale stanowi pewną zapowiedź tego, czego można się spodziewać przy ich kolejnym duecie. A utwór zaśpiewany lekko, delikatnie, wydaje mi się, że tak jak powinien być.

Ave Maria païen - Esmeralda 
Ave wyszło ładnie, nawet pomimo tego wrażenia zatkanego nosa, chociaż miałam wrażenie, że nieco za mało aktorsko było pokazanych emocji. Końcowy efekt to też zasługa, świateł, bo jak wspominałam ładnie wykorzystywali w trakcie całego spektaklu punktowe światła udające witraże.
 
Tu vas me détruire - Frollo 
Frollo nigdy nie zawodzi więc nie ma się co czepiać. Chociaż słupy, które miały go zgniatać, nie działały tak płynnie jak by mogły.

L'Ombre - Phœbus & Frollo 
Scena z sumieniem-cieniem-Frollo robi wrażenie. A i zaśpiewana była dobrze.

Le Val d'amour - Gringoire, Chorus & Phœbus 
O ile tłumaczenie Bello było dość dosłowne, to już kabaret nieco wykastrowali. Nie zastosowano tej sztuczki z przesłoną tak, że tancerkom było widać nogi i był tylko jeden cień i to też tylko przez dłużą, ale chwilę. Jednak dwie rzeczy - stroje. Niesamowite, bardzo karnawałowe, srebrne sznureczki, wyglądały pięknie. Druga - to scena zbiorowa, a jak pisałam umiejętności tancerzy z Gdyni są do pozazdroszczenia.Więc jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć, biorąc pod uwagę, że jestem kobietą, to patrzyło się na tę scenę z ogromną przyjemnością. Ale to właśnie magia teatru.

La Volupté - Phœbus & Esmeralda 
Aktorom zaczął głos wysiadać chyba, bo Febus pod koniec wystrzelił takim fałszem, że nawet ludzie, którym słoń nadepnął na ucho to musieli usłyszeć. I polska scena cała odgrywa się na łóżku, bo w sumie ma większy sens niż rozdzielenie bohaterów. Cień, który rani Febusa robi w Gdyni większe wrażenie, głównie dlatego że sam jest większy, niż w oryginale.

Fatalité - Gringoire, Frollo, Quasimodo, Clopin & Fleur-de-Lys
Zakończenie pierwszego aktu było w porządku, bez szału, bez czepiania się.

 Akt II 
Florence - Frollo & Gringoire 
Tekstowo ten utwór niewiele wnosi do spektaklu, ale jeśli jest dobrze zaśpiewany, to może być całkiem ładny, a był średnio, ale aktorzy byli doskonale zsynchronizowani. Szkoda tylko, że minutę po usłyszeniu się o Florence zapomina.

Les Cloches - Quasimodo
Dzwony są cudowne. Chociaż początkowo Polacy latają mniej spektakularnie niż Francuzi, ale potem jak się rozszaleją, to nie można oderwać od nich wzroku. To jeden z momentów, w których nie wiadomo, gdzie oczy podziać, bo tyle się na scenie dzieje. Niesamowite. Gdy patrzy się co ludzie wyprawiają na tych dzwonach to można myśleć, tylko o tym czy się przypadkiem nie spadną, ale spokojnie to profesjonaliści.

Où est-elle ? - Frollo, Gringoire & Clopin 
Śliczna piosenka, ale niestety te z drugiego aktu mają to do siebie, że szybko się o nich zapomina i jeśli sobie nie przypomnisz, że faktycznie taki utwór był, to raczej nie będziesz o nim pamiętać. Gdyby możne był jakoś niesamowicie zaśpiewana, ale nie, nic z tych rzeczy.

Les oiseaux qu'on met en cage - Esmeralda & Quasimodo 
To ten duet, gdzie nagle okazuje się, że głosy Quasimoda i Esmeraldy niesamowicie do siebie pasują i są niesamowicie silne. 

Condamnés - Clopin & Chorus 
Słucham, patrzę i dochodzę do wniosku, że Notre Dame jest zaskakująco aktualne politycznie. Chodzi o kwestię imigrantów oczywiście. Ale głębsze zastanowienie zostawiam już każdemu z Was.
Jeśli chodzi o sam utwór to Clopin daje rade, a do tego jest to scena zbiorowa więc wszystko jest bardzo, bardzo dobrze. Wspominałam już o strojach, ale napiszę raz jeszcze, bo w sumie wszystkie był niesamowite.

Le Procès - Frollo & Esmeralda
La Torture - Frollo & Esmeralda 
Zasadniczo te piosenki funkcjonują tylko zestawione, oddzielnie trudno je analizować. W gdyńskiej wersji w pierwszej Esmeralda nie jest w celi, dopiero na zakończenie ją tam wtrącają. A zaśpiewane w porządku.

Phœbus - Esmeralda 
We francuskiej wersji mam wrażenie Esmeralda mimo wszystko jest nieco bardziej świadoma tego iż pan Słońce jej nie uratuje niż w polskiej. W naszej w tym momencie okazuje się, że bohaterka jest głupia i naiwna. Ale to już kwestia interpretacji.

Être prêtre et aimer une femme - Frollo 
Jedna z moich najbardziej ulubionych piosenek z całego musicalu. I cudownie, dramatycznie zaśpiewana, od razu można uwierzyć, że Frollo ma dużo większy problem niż Febus. A i aktorsko pan Piotr wspina się na wyżyny (tak myślę). Z tym, że tu jest kolejne absolutnie powalające tłumaczenie i samo możecie zdecydować czy w pozytywnym czy negatywnym sensie, gdyż w refrenie pojawią się słowa (mniej więcej, bo dokładnie niestety zapomniała) "Będę (lub chcę) brać ciało twe jak hostię (lub eucharystię, ale raczej pierwsza wersja)".

La Monture - Fleur-de-Lys 
Chciałam już napisać, że kompletnie nie pamiętam tego utworu, ale potem zdałam sobie sprawę, że po prostu był nieco inaczej zrobiony. To znaczy Fleur nie jest na scenie sama, tylko śpiewa tę piosenkę do Febusa, co ma dużo więcej sensu niż, gdyby była  tym momencie na scenie sama i zmiana wypada bardzo na korzyść całości. I to tutaj okazuje się, że Fleur raczej się nie lubi niż lubi.

Je reviens vers toi - Phœbus 
Lista jest przekopiowana z Wikipedii, a kolejność piosenek została w Gdyni zmieniona i to najpierw Febus tłumacz się, że został zaczarowany, a dopiero potem Fleur każe mu powiesić Esmeraldę. I bardzo dobrze to się ułożyło, bo jak wyżej pisałam, jest to dużo bardziej logiczne.

Visite de Frollo à Esmeralda - Frollo & Esmeralda 
Un matin tu dansais - Frollo & Esmeralda 
Te utwory też trzeba połączyć w jeden sens i fakt, że jest to drugi taki przypadek dobrze pokazuje jak bardzo Frollo jest dręczony przez miłość do Esmeraldy. Ale, o ile we francuskiej wersji, widać to na poziomie nie tylko fizycznym, to w polskiej chyba widać to tylko na tej płaszczyźnie, przez co całość bardzo traci. Bo Frollo w tym momencie rzuca się na Esmeraldę jak na kawał mięsa (wgl pomijam fakt, że głównym tematem całego musicalu jest to, że każdy chce się z nią przespać, a w gdyńskiej wersji widać to bardzo), w Francji było to zrobione dużo subtelniej.

Libérés - Quasimodo, Clopin, Esmeralda, Gringoire & Chorus 
Nie dajcie się zwieść przypadkiem, że teraz wszystko będzie dobrze, bo nie będzie. A dramatyzm tego utworu jest wielki.

Lune - Gringoire 
Ten sam przypadek co z Katedrami. Tylko Katery, mimo wszystko, wyszły lepiej. 

Je te laisse un sifflet - Quasimodo & Esmeralda
Dieu que le monde est injuste - Quasimodo
Chyba w tym miejscu padł komentarz Mart, że to "najsmutniejszy friendzone świata", który ja nieco przerobiłam i zatytułowałam tak notkę. Ale nie sposób się z tym nie zgodzić. A musicalowego Quasimodo naprawdę może być szkoda.

Vivre - Esmeralda 
Oprócz duetu z Quasimodo z tego aktu jest to najlepsza piosenka Esmeraldy w całym przedstawieniu. Po prostu.

L'Attaque de Notre-Dame - Clopin, Frollo, Phœbus, Esmeralda, Gringoire & Chorus 
Niesamowita kompilacja i robi ogromne wrażenie.

Déportés - Phœbus & Chorus 
Mon maître, mon sauveur - Quasimodo & Frollo
Gdy czyta się dane obsadowe i techniczne musicalu można znaleźć informację, że preferowany wiek widowni to 12+. I wierzcie mi nie jest to napisane dla formalności, bo pomijając kabaret i mało dosłowne tłumaczenie, niektórych kwestii, to w tym momencie Esmeralda zostaje powieszona. I to nie spokojnie, ale się miota na tym powrozie. A Quasimodo strąca mniej więcej w tym samym czasie Frolla ze schodów, nie wspominając o tym, że chwilę wcześniej zatłukli Clopina. To się nie do końca nadaje dla dzieci, a widziałam takie na oko 7-8 letnie dziewczynki na widowni. Nie wiem czy ich rodzice po prostu uznali, że spoko ich dzieci mogą to oglądać, czy przypadkiem myśleli, że to sceniczna adaptacja bajki Disneya.

Donnez-la-moi - Quasimodo
Danse mon Esmeralda - Quasimodo 
Doskonale wiedziałam jak to się kończy, ale wykonie ostatniej piosenki mnie pokonało. 
I jedna rzecz, na którą jakoś nie zwróciłam uwagi w nagraniu, a która mocno mnie zszokowała, gdy zobaczyłam ją na scenie, czyli 3 dodatkowe Esmeraldy unoszące się i tańczące na linach. Obraz straszny po prostu. 

W skrócie: wokalnie nie powala, oprócz Frolla i Clopina, do których się przyczepić nie można, ale zespół robi wielką, ogromną i świetną robotę, stroje mają cudne, wykonanie choreografii idealne. Zmiany i dodatki względem wersji z nagrania wypadają bardzo na korzyść gdyńskiej wersji. 
Wczoraj jak wyszłam z teatru wcale taka zachwycona nie byłam, a teraz widzę, że gdyby śpiewanie wychodziło polskiej obsadzie trochę lepiej, to absolutnie nie można by się niczego przyczepić. I gdyby Belle i Katery były zaśpiewane w tym tłumaczeniu co śpiewa Radek.

LOVE, M

Bohaterowie nie powinni mieć dzieci ("Harry Potter i Przeklęte Dziecko")

Hello!
Gdy pojawiła się informacja o powstaniu sztuki teatralnej na motywach z Harrego Pottera, podeszłam do sprawy z dystansem, zdając sobie sprawę, że i tak jej nie zobaczę, więc nie ma co sobie tym głowy zawracać. Potem, bardzo powoli, pojawiały się zdjęcia obsady, wraz z kontrowersjami dotyczącymi, tego że Hermionę odgrywa czarnoskóra aktorka. Kiedy dokładnie dowiedziałam się, że scenariusz sztuki ma zostać wydany, nie pamiętam. W pierwszej chwili, też nie bardzo mnie to obeszło. Do czasu premiery przedstawienia. I się zaczęło gorączkowe oczekiwanie. Gdy wychodziła angielka wersja scenariusza byłam w Niemczech i walczyłam ze sobą, aby jej nie kupić. Po pierwszych doniesieniach cieszyłam się, że tego nie zrobiłam. 
Uwaga! Nie da się napisać o tej książce, bez ujawniana pewnych szczegółów, tzn. nawet nie czuję jak spoileruję. 


Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.


Trudno jest znaleźć w internecie choć jedną naprawdę pochlebną recenzję "opowieści autorstwa J.K.Rowling, Jacka Thorne'a i Johna Tiffany'ego". Najczęściej powtarzającym się zarzutem, jest jej fanfikcyjny charakter. A to tylko czubek góry lodowej. Dla dobra psychiki czytającego i, aby nie zrujnować jego wyobrażenia o siedmiu wcześniejszych książkach, "Przeklęte Dziecko" najlepiej jest traktować jako kompletnie oddzielną, niezwiązaną z poprzednikami, opowieść. 


Pierwsze sceny powtarzają zakończenie "Insygniów śmierci", oczywiście w okrojonej wersji (nawet bardzo okrojonej - pisząc to, porównuję sobie te dwa fragmenty, ale skrócenie, to nie jakiś szczególny mankament [chociaż, niektóre szczegóły bardzo się nie zgadają, inne zostały zmienione], ale, tak czysto osobiście, liczyłam, że może Teddy Lupin pojawi się w sztuce), natomiast scena trzecia to początek nowej (choć nie zupełnie, jak się okazuje) historii. Albus Severus Potter i Scorpius Malfoy poznają się i od samego początku łączy ich nić porozumienia. 


Wróćmy jednak do bohaterów, których znamy. Przynajmniej teoretycznie. Gdzie się podziały ich charaktery? Czy to jeszcze są te same osoby, które znaliśmy czytając powieści? Nie wiem i nie. Ron stał się ciepłym kluchem, albo i gorzej. Gdzie jest "Dumbledore wiedział, że będziesz chciał wrócić" i wszystko, co te słowa ze sobą niosły. Autorzy opowieści zapomnieli (a może, choć nie wiem, czy to możliwe, wcale nie znali) poprzednie części. Czytając "Przeklęte Dziecko" ma się ogromne wątpliwości, czy J.K.Rowling w jakikolwiek sposób przyłożyła do powstania sztuki rękę. Dostajemy scenę, gdy Hermiona zamierza uderzyć Rona. Zamiast niego dostaje czytelnik, bo tak bardzo do niczego ten pomysł nie pasuje, że czytający kompletnie zostaje wybity z rytmu i nie jest w stanie, znów dać się wciągnąć w historię. Nawet jeśli miały być to żarty, a nie jestem przekonana, to ten krótki moment wypada bardzo źle. Harry. Jest mdły, irytujący i nie powinien mieć dzieci. O Ginny się nie będę wypowiadała, bo jej nie lubiłam od pierwszego zdania, w którym się pojawiła. Draco. On się zmienił, ale w całkiem prawdopodobny psychologicznie sposób. Osoby, które lubiły go w książkach (a nie powinny były, według autorki, bo to zły chłopiec był; Rowling nie wie, że dziewczynki w pewnym wieku, ciągnie do złych chłopców) teraz możliwe, że polubią go jeszcze bardziej (bo najlepiej jest, jak dziewczynce uda się tego faceta zmienić, ale takie rzeczy tylko w książkach). 


Nasi główni bohaterowie. Co do tego jednego wątpliwości nie ma, Albus i Scorpius są równorzędnymi postaciami. A nawet powiedziałabym, że Scorpius jest o pół tonu ważniejszy albo momentami odgrywa istotniejszą rolę. Ogólnie chłopak w życiu ma gorzej niż syn Harrego, a jednocześnie ich problemy są na tyle podobne, że musieli się zaprzyjaźnić. Zapałałam do niego sympatią, bo to taka niewinna postać, której bardzo łatwo współczuć. Albusowi nieco trudniej, gdyż, tak naprawdę, nie za bardzo wiadomo, na czym opiera się jego konflikt z ojcem. W trakcie sztuki pada dużo mocnych słów, których żałują tak Harry, jak i Albus, ale nie stanowią one wyjaśnienia, raczej są efektem. A wszystko zaczęło się, bo chłopak trafił do Slytherinu i musiał zmierzyć się, jak w opisie, z rodzinny dziedzictwem, tzn. jest wytykany palcami, bo nie pasuje do obrazka Potterów i zaprzyjaźnił się ze Scorpiusem.


Zasadnicza akcja opiera się na zmienianiu przeszłości i, co nieodzowne w tego typu przypadkach, trafianiu w alternatywne wersje przyszłości. Albus postanowił uratować Cedrika. Zamysł więcej niż intrygujący. Wykonanie więcej niż naciągane. A jednocześnie niesamowicie dobrze i szybko się to czyta. Tylko, jak zacznie się nad tym zastanawiać, to okazuje się, że durne to strasznie. Dodatkowo w scenariuszu pojawiają się postaci, które nie żyją od 22 lat. Wątpliwy przywilej historii o zmianie czasu i nowych wersji przyszłości. Swoje zadanie jednak spełniają, bo emocje wywołują niemałe.


Czytanie "Przeklętego Dziecka" to permanentna sinusoida uczuć, tak lekkiego sentymentu do poprzednich siedmiu części, jak i współczucia dla Scorpiusa i Albusa oraz racjonalnego, krytycznego podejścia do tego co się czyta, a co nie jest dobre.
Czytam jeden fanfik, akurat tak wypadło, że o Harrym Potterze. Nie znam się jednak na popularnych motywach fanowskiej twórczości, mogę się ich jedynie domyślać, nie jest to nic trudnego, ale nigdy nie interesowałam się nimi szczególnie. Być może dlatego, pomysł na ratowanie Cedrika, wydał mi się całkiem uzasadniony jako akcja sztuki. Do tego elementu nie potrafię się szczególnie przeczepić, bo dobrze mi się czytało. Nie twierdzę, że ma wiele sensu, ale, jeśli się pozwoli, można dać się wciągnąć w przygody Albusa i Scorpiusa.


Problem pojawił się później. O tym fanfikowym motywie słyszałam nieraz - Voldemort ma dziecko. Z nikim innym jak Bellatrix, bardziej oczywistej kandydatki nie było. I to mnie przerosło. Chociaż byłam na to gotowa, udało mi się ustrzec przed większością spoilerów, ale na ten wpadłam. Nawet nie mam siły rozwijać tego wątku. Może, gdyby się nie pojawił, "Przeklęte Dziecko" nie byłoby takie złe. Niestety, motyw zaistniał, córka się urodziła (przed bitwą o Hogwart - mam ochotę jeszcze raz przeczytać całe Insygnia i prześledzić, to co robiła Bellatrix i napisać, jak bardzo jest to nieprawdopodobne), ale bardziej niepotrzebnego elementu opowieści nie ma. A nawet bardziej, córka Voldemorta w niepotrzebności spokojnie może stawać w szranki z różnymi dziełami popkultury. I przypuszczam, że by wygrała.


Kolejną kwestią, jest to, jak wielką pożywkę dla kolejnych fanfików, fani będą mieli z "Przeklętego Dziecka". I nic nie pomoże, sugestia autorów, że Scorpius, bez wzajemności, od pierwszego roku kocha się w Rose Granger-Weasley (nie wspominałam, ale syn Draco jest nieco męską wersją Hermiony - mniej irytującą niż ona w pierwszych książkach, natomiast Rose to kopia mamy), bo wszyscy i tak będą go shipować z Albusem. Jakiś podstaw do tego można się doszukiwać, ale podejście ludzi do tematu, tylko udowadnia, że społeczeństwo ma problem z bliską, męską (chłopięcą) przyjaźnią.


Być może miłość ratuje bohaterów, ale raczej bohaterowie nie uratują miłości fanów. W scenariuszu sztuki mamy kumulację motywów siły miłości i siły przyjaźni. W powieściach też były to jedne z najważniejszych elementów, ale scenariusz bije je na głowę, szczególnie pod względem miłości. A nawet jeszcze szczegółowiej - skupiany się na miłości rodziców do ich dzieci. Konkretnie ojców do synów. I okazuje się, że być może jest ona nawet silniejsza, acz bardziej skomplikowana, niż miłość  matki do jej dziecka. Jednocześnie absolutnie nic z tego nie wynika, jest tylko jeszcze trudniejsze do przyjęcia jako uzasadnienie wydarzeń, niż to, że poświęcenie Lily sprawiło, że Harry przeżył. A fakt, że bohaterowie oglądają całą scenę morderstwa rodziców Harrego, z jakiegoś  powodu nie przenosząc się do przyszłości wcześniej, jest kompletnie niezrozumiałe.


Pomijając treść, książka jako książka, jest bardzo ładnie wydana. Mam tę przyjemność, że posiadam wersję z twardą okładką. Niepokoi jedynie napis na górze "Pierwsze wydanie scenariusza" co sugeruje, że będę kolejne (słyszałam, że coś takiego planowane jest po zakończeniu wystawiania sztuki, gdy okaże się, co sprawdziło się na scenie, co nie i jakie zmiany były wprowadzane na bieżąco). Motyw skrzydeł i piór pojawia się jako element charakterystyczny, jako ozdoby gałązki (różdżki?). Przy czym kompletnie, pod żadnym względem, nie pasuje do innych okładek.


Napisałam swoje, poczytałam trochę co pisali inni i większość recenzujących zgadza się, co do następujących kwestii: 1) córka Voldemorta, to jeden z najgorszych pomysłów ever; 2) Draco i Scorpius jako jedyni mają charakter; 3) charaktery wielkiej trójki są nie tylko niezgodne z książkami, ale także, nawet jako zupełnie nowe, się nie sprawdzają. Niektórzy twierdzą, że trzeba było iść za ciosem i zrobić ze Scorpisa i Albusa parę, ale ja totalnie widzę wesele Scorpiusa i Rose.  Rzeczą, której nie zauważyłam, a o której wspominają niektórzy recenzenci jest podobieństwo Harrego i Scorpiusa. Wiele osób wspomina też o wielkim potencjale, który nie tylko nie został wykorzystany, ale wręcz do tego stopnia zmarnowany, że całość jest kompletnie niepotrzebna. Inną rzeczą jest fakt, iż jest to scenariusz sztuki; dla mnie czytanie takiej formy literackiej nie jest żadnym problemem, ale zauważyłam, że dla ogromnej liczby osób to coś strasznego. Scenariusz odbiera nam opisy i powinniśmy nauczyć się, wyobrażania sobie świata przedstawionego na scenie. To z kolei, powinno sprawić, że nasza wyobraźnia pracuje jeszcze lepiej. Jest to jednak dość indywidualna sprawa.


Wiem jednak na pewno, że do "Harrego Pottera i Przeklętego Dziecka" powrócę jeszcze nie raz, M


PS. Dopiero jak przyszedł czas wstawiania zdjęć spostrzegłam, że to prawdopodobnie najdłuższa notka na blogu. 
PPS. Niedawno na zajęciach jeden z prowadzących powiedział nam, że jeśli ktoś nadużywa w tekście nawiasów, to oznacza, że nie potrafi go budować. Ups. Nie byłby ze mnie dumy. 

"Romeo i Julia"

Hello!
Pamiętam jak kiedyś na lekcji języka polskiego pani opowiedziała nam swego rodzaju anegdotę. Zapytała się swojego brata, który mieszka w Warszawie czy nie chciałby wybrać się z nią i jej mężem do teatru. Mieszczącego się w Warszawie. Na co brat opowiedział: "jak kupisz bilety". Ja mam to samo odkąd mieszkam w Gdańsku. Chociaż mam możliwość oglądania, brania udziału w wielu rzeczach, to aby coś naprawdę zrobić muszę zostać zmotywowana. Na szczęście Bliźniaczki też mieszkają w Gdańsku i dzięki nim zobaczyłam retransmisję "Romea i Julii" Kenneth Branagh Theatre Company z Teatru Garrick w Londynie. 


Pierwsza rzecz, która może być zaskoczeniem, to fakt iż transmisja jest czarno-biała. Dlaczego? Dowiadujemy się tego z wprowadzenia reżysera, akcja przeniesiona jest do lat 50. XX wieku i ma klimat włoski "seksownych filmów noir" z tamtego okresu. Podobnie Branagh tłumaczy swój pomysł na postać Merkucja - najlepszą w całej sztuce. Dodatkowo przed samą sztuką jest montaż wypowiedzi młodzieży na temat bycia nastolatkiem, miłości, itp, oraz streszczenie sztuki w ich wykonaniu. (Zastanawiałyśmy się czy na sali mógłby być ktoś, kto nie znał tej historii). Natomiast w przerwie są ciekawostki na temat Włoch i ich kultury. Ciekawy pomysł a i ciekawostki były fajne. 


Jeszcze taka uwaga techniczna - pojęcia nie mam kto robił napisy, tłumaczył czy cokolwiek, ale było to złe i straszne. Mnóstwo wypowiedzi, linijek nie było w napisach; w którymś momencie zaczęto zwracać się do niani Julii po imieniu, tzn. imię zaczęło pojawiać się w napisach, chociaż już wcześniej postaci mówiły do niej po imieniu, ale ktoś uznał, że nie trzeba o tym informować widzów. Synchronizacja wypowiedzi też momentami nie istniała. Czasami było to więcej niż irytujące. Ale nic nie przebije "tłómacz" albo "tłómaczyć", po prosu paść i się nie podnosić. Naprawdę nie wiem skąd te napisy zostały wzięte. 


Ale może przyjdźmy już do samego przedstawienia. Pierwsza uwaga: było przegadane. Momentami do granic nudy. Nawet jak działo się coś niespodziewanego: śpiewająca Julia czy Merkucjo, to nie robiło to takiego wrażenia jak powinno. Chyba nie wykorzystano całego potencjału klimatu w jakim spektakl był robiony, chociaż wszystko pasowało idealnie. Wiem, że "przegadanie" to dziwny zarzut wobec sztuki, tym bardziej Romea i Julii, ale ponieważ jest to dramat powszechnie znany, potrzebuje jakiegoś większego urozmaicenia. Naprawdę podobała mi się koncepcja sceny balkonowej - Romeo prawdziwie zakochany, a Julia z butelką (przypuszczalnie) wina, nieco podpita woła: "Romeo, dlaczego jesteś Romeo?". 


Pierwsza część sztuki jest całkiem zabawna, niekiedy odrobinę na siłę, ale wybaczam, bo nie spodziewałam się, że tak wiele komediowego potencjału można z niej wycisnąć. Totalnie kradnie ją Derek Jackobi. I to absolutnie najlepsza postać całego spektaklu. Wybierzcie się na niego choćby tylko po to, aby zobaczyć jak on gra, bo to zupełnie inna liga niż pozostali aktorzy.
Koncepcja Julii w tej części jest natomiast taka: udajemy, że to faktycznie czternastoletnia dziewczyna, ale ponieważ grająca ją aktorka ma 27 lat, to niech gra tak przerysowanie i karykaturalnie jak może. W drugiej części to się bardzo zmienia i to jedyna postać jaka ulega rozwinięci w trakcie sztuki. Albo przynajmniej ja chcę w to bardzo wierzyć. Jedna rzecz jest irytująca w grze Lily - biedactwo nie wie co robić z rękami gdy mówi więc najczęściej w dramatycznym geście łapie się za brzuch, dół brzucha, rzadziej za serce. Po pięciu takich scenach przestanie Wam się chcieć liczyć ile razy i jak długo to robiła.


Natomiast Romeo jest rozchwiany. Nie ma na to lepszego słowa. Zupełnie mi nie leżał, miałam wrażenie, że to postać nieprawdopodobna. Chociaż Richard Madden całkiem ładnie wyglądał z Lily James. I ma naprawdę piękny głos. 
Poza tym, patrząc po zdjęciach i zapowiedzi samego reżysera, spodziewałam się, że sztuka będzie nieco bardziej intensywna i napięta. Otóż, oprócz samego początku balu, przedstawienie jest raczej dość niewinne, rzuca się w oczy to, że praktycznie wszystkie stroje Julii są białe.
Ciekawszą od Romea postacią okazuje się ojciec Julii z prawdziwie włoskim charakterem, na pewno zwrócicie na niego uwagę. I niania, której włoskość też jak najbardziej pasuje.


Najlepszym aspektem sztuki jest jej strona wizualna. Po prostu jest piękna, a na dodatek potrafiono
dobrze pokazać to w kinie. Julia w białych szatach bardzo się wyróżniała i na jej korzyść działał fakt, iż transmisja była czarno-biała. Scenografia jest prosta, ale trafiona w 10. Ogólnie jest ładnie. 

Pozdrawiam, M

Brak słów - InQbator 2016

Hello!
3 dni, 13 spektakli, parada, wernisaż wystawy fotograficznej, finał Lekcji Kultury Fizycznej, gra Maska. A wcześniej działania promujące festiwal InQbator w szkołach - Duża Przerwa. Widziałam wszystko.

A brak słów w tytule, to nie dlatego, że poziom festiwalu był niski, tylko dlatego, że jest to festiwal teatru ruchu, pantomimy, performansu i działań łączących te formy. A milczenie często wyraża więcej niż tysiąc słów.

Zdjęcia pochodzą ze stron - moja-ostroleka.pl oraz eostroleka.pl

Calineczka - Ostrołęcka Scena Autorska 
Piękne, cudowne przedstawienie, znam Calineczkę i nigdy nie spodziewałabym się, że mogłabym, aż tak wzruszyć, a się wzruszyłam bardzo. Śliczne było.

Marcel - Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy
Niestety spóźniłam się na początek i później trudno było mi wczuć się w historię. Była to opowieść biograficzna o Marcelu Marceau - mimowi, nauczycielowi Lionela Ménarda.

 
Mewa - Lwowski Akademicki Teatr Woskresinnia 
Ostrołęczanie bardzo lubią ten teatr, z wzajemnością chyba. Mewa, w porównaniu z następnymi plenerowymi spektaklami, nie była aż tak widowiskowa, chociaż, oczywiście, szczudła, ogień, fajerwerki były jak najbardziej, za to było to przedstawienie na podstawie Czechowa więc stanowiło opowieść i miało jasną fabułę.




CMOK - Teatr Scena 
Spektakl dla dzieci. Trochę historia o smoku i szewczyku, trochę o każdym. Z mojej perspektywy ciekawsze od samego przedstawienia było obserwowanie reakcji dzieci na to, co robili aktorzy na scenie. Fascynujące zjawisko, ponieważ dzieci albo wcale, albo nie do końca rozumieją to, że aktorzy grają, ogromnie przeżywają ich przygody. Krzyczą, wstają i bardzo wczuwają się w scenę, nie mają poczucia, że teatr to przestrzeń sakrum. I to jest cudowne, w jak naturalny sposób dzieci odbierają spektakle. 

Wieczór współczesnej pantomimy - "Wieczór etiud" Studio Warszawskiego Centrum Pantomimy 
Bardzo lubię pantomimę właśnie w formie etiud. Fascynuje mnie to, jak w tak krótkiej formie, jedynie ruchem, gestem i mimiką aktorzy są w stanie ukazać tysiąc razy więcej niż gdyby próbowali to powiedzieć. Etiud było 12, a najciekawsze według mnie to: "Na pełnym morzu", "Cabaret" i " Nie zapomnę".



Historie, których nigdy nie opowiedzieliśmy - Lubelski Teatr Tańca
Jak bardzo mi się ten spektakl nie podobał. Z tego co wiem, teatry tańca ogólnie niezbyt się popisują na InQbatorze i wielu ludziom się nie podobają. Głównie dlatego, że próbują bazować na taniej sensacji, a tutaj to nie przejdzie. Spektakl był nieco autobiograficzny - zawsze mnie to zastanawia, jak aroganckim trzeba być by uważać, że swoje życie może zainteresować zupełnie obce osoby. Miał lepsze momenty - szczególnie te, w których aktorzy postanowili się nie odzywać tylko tańczyć. A pod tym względem prym wiedli panowie, ich solówki były warte uwagi, ale poza tym nic wartego uwagi.



Gdybyśmy byli kotami, nikt by nas nie zatrzymał - Teatr Strefa WolnoSłowa
Premierowy spektakl, poruszający, o losach uchodźców. Po tytule się tego nie spodziewałam, ale gdy już się wie, o co chodzi i tytuł staje się jasny. Rekwizytami były koce termiczne (te srebrno-złote folie) - ciekawy pomysł, a temat bardzo na czasie.

 
Exultet - Teatr A 
Spektakl o poszukiwaniu i stawaniu się na motywach, podstawach opowieści biblijnych od Starego Testamentu, Mojżesza aż po ukrzyżowanie, a wszystko okraszone dużą ilością efektów - ogień, dym i fajerwerki. Pod tym względem było to jedno z bardziej widowiskowych przedstawień.



Czarne i białe - Teatr Pod Orzełkiem
Spektakl dla dzieci, ale tak bardzo dla dzieci, takich w przedziale wiekowym 3-5 może 7. Pomysł fajny, prosty, ale wątpię czy rodzice bawili się tak dobrze jak dzieci.



Bal - Teatr Scena Kotłownia 
Z tego co udało mi się ustalić to przedstawienie po warsztatach z pantomimy w wykonaniu młodzieży. Co prawda oglądałam je od kulis, ale było całkiem fajne.


Karnawał wenecki - Teatr Gry i Ludzie 
Przepiękne, choć krótkie przedstawienie składające się z 4 epizodów. Najpierw żonglerzy popisują się swoimi umiejętnościami, później dwórki walczą o uwagę widzów i króla, a następnie szczudlarze - Księżyc i Słońce w walce o panowanie nad niebem, a następnie miłosny taniec Ptaka i Róży - co prawda ich chorografie nie robiły takiego wrażenia jak ich stroje, ale i tak było pięknie.


Les Aimants - Company Managano-Massip
Najpiękniejszy pod każdym względem spektakl. Fotografowie mieli używanie, bo gra świateł na scenie to było coś niesamowitego, a połączona z wręcz magicznym ruchem scenicznym dawała nieziemskie wrażenie. Przedstawienie opowiadało o parze, żyjącej razem, ale obok siebie stanowiło fenomenalne studium takiego przypadku. Nie bez przyczyny spektakl otrzymał największe brawa i owacje na całym festiwalu. Sami aktorzy wydawali się zdziwieni tym jak bardzo poruszyli mieszkańców Ostrołęki.


Płonące laski 4 - Teatr Akt
W ostatnim punkcie programu nastąpiła zmiana, na zamknięcie festiwalu miał wystąpić Teatr Klinika Lalek ze spektaklem Cyrk bez przemocy, ale chyba nie dojechali. Zamiast tego obejrzeliśmy Płonące laski 4. Przesympatyczny, lekko sprośny - płonące laski trzeba potraktować jak najbardziej poważnie - spektakl o tym jak w każdym wieku można się świetnie bawić. Totalna radość, szczęście i zabawa. Podobnie jak w innych spektaklach plenerowych aktorzy popisywali się umiejętnościami chodzenia na szczudłach oraz animacji ognia - to zawsze robi wrażenie. A pan, który do "Happy Birthday Sweet sixteen" tańczył na szczudłach to mój mistrz.

Nie mogę się doczekać przeszłorocznego InQbatora, M
The Phantom Police Man Proudly Powered by Blogger